






Dzień przeminął szybko. Aren naburmuszony i zawstydzony dialogiem przy śniadaniu znikł gdzieś, by nie pokazywać się nikomu na oczy. Ariel jak rasowa niańka opiekował się trojaczkami, kiedy Reon spędzał czas z Aurorą, która przez ciężkie obrażenie nie była wstanie podnieść się z łóżka. Necro, co zresztą było jasne, nie przejął się zniknięciem króla. Rosę wciągnęła kolejna książka medyczna i zbytnio nie przejmowała się otoczeniem. Alvaro postanowił skorzystać z okazji.
-Co radzisz zadziałać? - zapytał demona w głowie. - Bierzemy się za Kyrie?
-Tak..to dobre posunięcie. szczególnie dlatego, że są w rozterce i rozsypce - zaśmiał się głos w jego głowie.
-Mam zamienić się w Arena? - zapytał dla pewności.
-Oczywiście... Zrób tak, aby straciła nadzieję - syknął bezlitośnie.
-Muszę tylko znaleźć tą dziewczynę - westchnął. - Dobra - skupił się i przymknął oczy. Jego ciało zaczęło się przemienić.
Wyszedł z pokoju jako Aren. Uśmiechy pokojówek i ukłony strażników utrwaliły go w przekonaniu, że przemiana się udała.
Tymczasem Kyrie poszła do swojej sypialni wypłakać się do poduszki. Aren miał inne kobiety, kochał się z nimi... z nią nie. Było jej smutno, czuła się taka bezradna. Wreszcie, kiedy już się uspokoiła chwyciła szczotkę i zaczęła przeczesywać długie i białe, jak śnieg włosy.
-Mogę być tylko fryzjerką.. - szepnęła do siebie i nie przerywała czesania.
-Kyrie, mogę zająć Ci chwilkę? - w drzwiach stanął Aren.
-Heh? - odwróciła się trochę z lekkim żalem. - Czemu mi nie powiedziałeś? Wcześniej.. - zapytała.
-Nie powiedziałem o czym? - spojrzał na nią zaciekawiony i zamknął za sobą drzwi - A... o tym, co robiłem we Francji? To chyba moja sprawa...
-Tak masz rację, ale myślałam, że nie mamy przed sobą tajemnic.. - podbiegła do niego gorączkując się.
-Daj sobie na uspokojenie, ledwo Cię znam, nie jesteśmy razem, dlaczego miałbym mówić Ci o wszystkim?
-Masz rację, zapomniałam, że dzieli nas parę tysięcy lat... - westchnęła, zwiesiła głowę i poszła usiąść na łóżko.
-Poza tym tak w sumie to skąd mam mieć pewność, że rzeczywiście jesteś jakąś tam anielicą, z którą kiedyś byłem. Brzmi to jak jakieś bzdury. Jesteś kolejną paranoiczką, która chce dostać się za tron, prawda? - zmierzył ją wzrokiem.
-Nie, wiesz że tak nie jest! Dlaczego mówisz takie rzeczy! - oburzyła się, choć do oczu już napływały jej łezki.
-Mówiąc szczerze nie mam pewności. Mogłaś to wszystko wymyślić. - wzruszył beztrosko ramionami - Poza tym jesteś głupio zazdrosna, jak jakaś małolata. Nie akceptujesz moich znajomych i panoszysz się myśląc, że oczywistym jest, że chcę Cię jako swoją jedyną. To śmieszne. Pojawiasz się od tak i myślisz, że padnę przed Tobą na kolana...
-Chciałam, abyś sobie przypomniał... jeżeli nie udałoby się.. opuściłabym zamek.. - już nie potrafiła patrzeć mu w oczy.
-Jak dotąd nic sobie nie przypominam - oświadczył i podszedł do niej - Poza tym, kiedy ludzie rozmawiają, patrzą sobie w oczy. U aniołów to nie nie było obowiązkowe? Jesteś niewychowana.
-Przepraszam to moja wina, że się zdenerwowałeś.. - spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko w geście, aby jej wybaczył.
-Chciałbym Ci coś wyznać tak w ogóle - powiedział w pewnej chwili - Bardzo, ale to bardzo Ciebie... nie znoszę. Dzisiaj już jestem tego pewny. Znienawidziłem Cię za to, co zrobiłaś rano... to przelało czarkę goryczy. Mam dość.
-Przepraszam, przepraszam... spakuję się - Kyrie z trudem powstrzymywała łzy.
-Myślisz, że Twoje "urocze" łezki coś tu zdziałają? Pomogę Ci się stąd wynieść - chwycił ją za ramiona - Prosto do naszego stwórcy - jego dłonie przeszły na jej szyję i zacisnęły się.
-Puść.. puść... zrobisz mi krzywdę.. - próbowała oderwać jego dłonie od siebie.
-Krzywdę..? Mam zamiar Cię zabić - odparł z całkowitym spokojem - A więc Kochanie, moja Najdroższa Kyrie... patrz mi w oczy, kiedy ja będę stopniowo prowadzić Cię w stronę świata zmarłych...
-Nie chcę umierać.. Elliot, co ty robisz!? - krzyknęła najgłośniej, jak umiała, ale wyszło jej to marnie. Męskie dłonie uciskały jej gardło, stopniowo ją krztusząc. Próbowała go kopnąć, ale nie mogła dosięgnąć.
-Czy to nie piękne? Stopniowo Twoje oczy zachodzą mgłą... - zaczął szeptać jak czuły kochanek.
-Twoje też zaraz zajdą, skurwysynu! - powiedział ktoś za nimi. Kiedy zaskoczony napastnik odwrócił wzrok ujrzał identycznego mężczyznę. Prawdziwy król Noktrie przyszedł porozmawiać z Kyrie, co więcej z dużym bukietem kwiatów na przeprosiny. Teraz jednak wyglądało na to, że był na tyle wściekły, że nawet tymi kwiatami byłby w stanie zabić. - Zostaw ją! - puścił bukiet i ruszył by jej pomóc. Alvaro w geście obrony musiał puścić Kyrie, by odepchnąć od siebie Arena. Może i król był nie był siłaczem, ale pod wpływem adrenaliny wszystko mogło być możliwe. Umknął więc w ostatniej chwili przed ciosem.
Kobieta wreszcie złapała oddech.
-Aren, nie... Aren! - Kyrie się już zgubiła, zrobiła krok do tyłu zszokowana.
-To ten cholerny morderca, który podszywa się pod innych! Chciał Cię skrzywdzić... zabiję go! - zawarczał jak wściekły pies.
-Najpierw mnie złap - imitacja króla Konanu wybiegła z pokoju.
-Dopadnę i wypruję flaki! - oryginał pobiegł w ślad za agresorem.
Tymczasem w głównym holu Faust i Faun siedzieli na oknie znajdującym się na wysokości pierwszego piętra. Na oknie obok siedział wampir i popijał krew wilkołaka.
-Wygląda na to, że już jesteś pełen energii - zagadali.
-Krew dużo daje.... to, jak nektar bogów. Jednak myślę, że płyn, jakieś fajnej dziewczyny byłby lepszy - Necro już wypił wszystko, co miał.
-Więc czemu nie pójdziesz do miasta? - zapytał Faust.
-Aaa co za nuda, nic się nie dzieje... - westchnął jego duplikat.
-To chodźmy kogoś zgwałcić, albo przeprosić.. Może śmieszniej będzie - Necro zachichotał głośno.
-Przeprosić? Niby kogo? - obaj spojrzeli na niego pytająco.
-Rosę, że odebraliśmy jej apetyt. Ona musi teraz dużo jeść, bo ciężko pracuje.. - ponownie zrobił diabelską minkę.
-Może Arena? - wtrącił egzorcysta.
-Ale za co? - zapytał Faun.
-Za nazywanie go Roszpunką?
-Za to, że przez Necro się zakleszczył?
-Za to, że piszczy jak dziewczynka?
-Pomyliłeś Arena z Arielem - westchnął Faun.
-Faktycznie. Więc może za to, że powiedziałem jednej Francuzce, że Arena ma syfilis i się z nim nie przespała?
-A może po prostu powkurwiamy go dalej?
-Okej.. idziemy do niego? - zaproponował wamp.
-Ty chuju! - dobiegło do nich nagle wołanie Arena z któregoś korytarza. - Dorwę i gównem nakarmię!
-Hę? Czyżby nas usłyszał? - zapytali przybrani bracia.
-Może, ale czemu...biegnie ich dwóch..? - zapytał zdziwiony, dostrzegając z daleka. Wampiry mają dobry wzrok. - Za dużo wypiłem?
-Jeden z nich jest mordercą - wywnioskowali przybrani bracia. - Ale który?
-Złapmy dwóch.. schowajcie się - Necro zatarł rączki, odbił się dwa razy od ściany i zawisł za żyrandolem wysoko na suficie, jak nietoperz.
-Jak niby mamy się schować... zresztą i tak nas nie widzą - przygotowali się do skoku.
-Więc...-Necro nastawił się na skok. Po chwili dwaj królowie imperium w Konanie byli już tak blisko, że można było wykonać ruch. Wampir doskoczył do pierwszego, ale go nie złapał tylko zaczął biec wraz z nim. Bez problemu nawet go przegonił, był diabelnie szybki. W końcu gwałtownie zatrzymał się i podstawił mu nogę, że ofiara potknęła się i poturlała dalej. - To było dobre! - lord poklaskał mu głośno i stanął nad nim.
-Necro! Co Ty robisz, łap tego kolesia - wskazał na identycznego. - Gonił mnie i chciał zabić!
-Że co?! - drugi szatyn stanął jak wryty - Goniłem tego kurwiszona, zaraz mu wyrwę pierś!
-Teoretycznie ten uciekający bardziej pasuje na oryginał. - wtrącili się przybrani bracia.
-Co?! Niby dlaczego?! - wzburzył się ten, który gonił.
-Przez sam fakt, że uciekał - obaj wzruszyli ramionami.
-To nic, mamy dwóch. Bierzemy ich i do lochów. Posiedzą w jednej celi. Faust bierz tego urwisa obok Ciebie. Faun idź zrób popcorn. Będzie nam potrzebny przy dobrym przedstawieniu... jak zaczyna sobie serca wyrywać - chwycił najbliższego Arena za warkocz i pociągnął żeby wstał. po czym złapał go silnie za kark, jak gówniarza.
-Chyba wystarczy, że sprawdzisz krew? Znasz smak krwi Arena. - obaj złapali tego, który gonił.
-A nie lepiej się zabawić? Prawda Arusie moje? - pociągnął nosem na straconą rozrywkę.
-Sprawdź krew! - zażądał ten obok Fausta - Zobaczysz, który jest oryginalny!
-Wygląda na to, że ten jest oryginalny - stwierdzili "bracia".
-Zamorduję! - Aren poleciał w stronę Necro i rzucił się na wampira by go odepchnąć od swojego właściwego celu.
-Aren ma jaja... to niesamowite..
-Hej uspokój się, bo powiem, że ten drugi jest naszym małym tchórzliwym Arenkiem - złapał go szybko za dłoń, gdy ten chciał go popchnąć, po czym niespodziewanie ugryzł go w nadgarstek.
-A! Przecież mówiłem, że to ja jestem oryginał!
-Dobra to ten jest kopią.. albo nie, rozmyśliłem się ten - wskazał palcem na tego, którego trzymał za warkocza, chcąc jeszcze podsycić widowisko.
-Kurwa mać! - krzyknęli obaj. Jeden wyrwał warkocz i znów zaczął uciekać, a ten drugi go gonić.
-Gonimy, czy pierdolimy?
-Wierzycie, że Arena da rade, bo ja nie...To mięczak..! - krzyknął jeszcze za nim Necro.
-Więc może obejrzymy jego porażkę? - zaproponowali bracia.
-Jasne! - wampir zaczął biec za królem i jego kopią.
Aren i jego duplikat wybiegli na zewnątrz. Warczeli na siebie niczym wściekłe psy. Ich agresja względem siebie była nie do opisania.
-Zapłacisz mi za skrzywdzenie jej... - zasyczał oryginał.
-Ty? Nie rozbawiaj mnie! Jesteś żałosny! Nie dasz rady mnie nawet tknąć... - nonszalancko podszedł w jego stronę i stanął tuż przed nim. - Aren jest słaby... szkoda, że nie ma w sobie nic z Elliota...
-Skąd Ty o tym... - zasyczał.
-Jestem Kaxadit. Zapłacisz mi za wszystko, Elliot - chwycił go za policzki i spojrzał głęboko w oczy. W Arenie coś pękło. Złapał się za głowę.
-No pięknie... powiedzcie kiedy mam wkroczyć... - Necro spojrzał z niepokojem na Fausta.
-Zobacz, jak Aren sobie z tym poradzi... - obaj wzruszyli ramionami. - Może w końcu wzbudzi w sobie mężczyznę.
-Aren! - kobiecy głos rozniósł się po podwórzu. To była Kyrie, musiała też pobiec za nimi... stanęła tuż obok przybranych braci, na bezpieczną odległość.
-Zabiję wszystkich, którzy są Tobie cenni. To będzie moja zemsta, Elliot - zasyczał Arenowi do ucha jak kobra. - Od kogo zacząć, od dziewczyny? Może od wampira?
-Zostaw ich! - krzyknął wściekle, jednakże ból w przeszywający jego ciało sprawiał, że nie mógł się ruszyć.
-Której z tych osób bardziej będzie Ci brakowało? - z szyderczym uśmiechem spojrzał w stronę zebranych. - Zaczniemy od niej! - wykrzyknął śmiejąc się. Nie zwrócił uwagi na to, że przybrani bliźniacy zasłonili sobą kobietę.
-Elliot, masz zamiar mnie powstrzymać? - duplikat chwycił za podbródek prawdziwego króla Konanu. - Może coś powiesz? - zbliżył swoje usta do jego...
-Nie dotykaj mnie. - warknął Aren. Jego niebieskie oczy błyszczały teraz zielenią. Jednym zdecydowanym uderzeniem w twarz odrzucił od siebie napastnika, który zaraz podniósł się z ziemi w niemałym szoku.
Necro także był w niemałym szoku, otworzył paszczę szeroko ze zdziwienia.
-To na pewno nasz Arenek? - szepnął do wszystkich.
-Czekaj chwilę - powiedzieli - Przeżywamy tą chwilę i utrwalamy, żeby nigdy o tym nie zapomnieć.
-Budzi się - zawrzeszczało w głowie Alvaro. - Więc to jednak musi być prawda... to on. Wspaniale, cudownie! - krzyczał demon.
-Hej. - powiedział nagle Aren - Nie rozpraszaj się - wykonał obrót wokół własnej osi unosząc jedną nogę. Kopniak z pełnego obrotu odrzucił przeciwnika na parę metrów.
-Fiu, fiu... - mruknęli bliźniacy. - Zaczynamy mieć wątpliwości - przyznali.
Białowłosa, tak dokładnie nie wiedziała, kto jest prawdziwy... wiedziała jedno, musi ocalić swojego ukochanego. Wyrwała się zza pleców egzorcysty i jego kopii. Wbiegła pomiędzy dwóch mężczyzn, blokując ich.
-Proszę przestańcie walczyć! - krzyknęła niemal w rozpaczy.
Ten o zielonych oczach spojrzał na dziewczynę w milczeniu. Ten, którego tęczówka była niebieska, wyciągnął spod płaszcza sztylet. Śmiejąc się dziko ruszył na dziewczynę, by przebić jej serce. Wymierzył idealnie, pchnął... sztylet nagle zatrzymał się. Prawdziwy Aren objął dłonią ostrze nie przejmując się, że rani jego dłoń.
-Przesadziłeś. - stwierdził zielonooki i chwycił napastnika za gardło, by następnie przerzucić go za siebie - Ukryj się. - powiedział do dziewczyny.
-Ale ja... - cofnęła się trzy kroki do tyłu. W pewnym momencie dostrzegła te szmaragdowe oczy.... oczy jej ukochanego z przeszłości. Teraz widziała to bardzo wyraźnie i coś chwyciło ja za serce.... skurcz, który wywołał u niej łzy. Szklane krople spadły po jej różanych policzkach, wyglądając, jak sopelki lodu. Teraz była jak zimowa księżniczka. Biała, jak śnieg, delikatna jak lilia.
-Proszę, nie chcę żeby Ci się coś stało. Potem porozmawiamy, dobrze? - odrzucił sztylet agresora gdzieś w bok.
-Dobrze! - Kyrie odbiegła daleko po samo drzewo.
Aren odwrócił się w stronę przeciwnika, który stał parę metrów za nim patrząc na niego groźnie.
-Nadal chcę ją zabić. - uśmiech duplikatu wykrzywił się w dziwnym uśmiechu.
-A ja uwolnić tego dzieciaka z łap demona - oświadczył Aren patrząc zdecydowanie - Pamiętam Cię. - dodał. - Załatwiłem Cię wtedy, załatwię teraz.
-Aaa... Elliot, kłaniam się nisko - demon rzeczywiście pochylił się w ukłonie patrząc wyzywająco na przeciwnika. Świadkowie zdarzenia nie słyszeli treści rozmowy, więc tym bardziej gest ten zdawał się być ciekawy. W pewnej chwili ten o niebieskich oczach ruszył na przebudzającego się anioła. Elliot uskoczył zgrabnie w bok, jednakże demon w odpowiedniej chwili ruszył za nim, by w następnym momencie objąć ramieniem jego szyję i ścisnąć mocno.
-Nie ingeruj - powiedzieli bliźniacy do wampira - Robi się ciekawie.
-Buuu, ale ja tak bardzo chcę.... Dlaczego jesteście tacy okrutni! - jęknął Necro.
-Po prostu chcemy zobaczyć popisówę Arena. W końcu nie zachowuje się jak dzieciak błagający o pomoc przy zawiązaniu sznurówek.
-To mi nie wygląda, jak Aren.. - nagle odezwał się kobiecy głos obok nich.
-Rosa, co tu robisz!? - odezwał się Necro.
-Żartujesz, słychać Was w całym zamku...zaraz tu się publiczność zbiegnie... - odpowiedziała mu.
-Co im więcej luda tym gorzej. Jeszcze ktoś zginie! - wamp się ruszył wydać żołnierzom rozkazy, aby się nie zbliżali.
-Jaką ma szansę, ze nie będziemy musieli mu pomóc.. - zapytała się bliźniaków i skrzywiła się.
-Może Cię zdziwimy - spojrzeli na nią - Ale mamy wrażenie, że duże. - ich oczy o barwie deszczowych chmur zdawały się być poważne.
W jednej chwili odwrócili się za siebie, by obejrzeć stojący w gotowości oddział żołnierzy oraz wypełniony po brzegi balkon z widownią w postaci zarówno dam dworu jak i zwykłych pokojówek czy innych strażników lub ministrów. Faktycznie było ich słychać na cały zamek, skoro wszyscy zbiegli się tak szybko.
Reon dzierżył miecz w jednej i halabardę w drugiej dłoni, gotowy do boju. Ariel stał na szczycie schodów. On również nie mógł oprzeć się pokusie, by obejrzeć widowisko.
-Wszyscy oglądają, jakby przyszli do teatru... - przyuważył Faun.
-Co w tym złego? - odpowiedział mu sarkastycznie Faust.
-W sumie nic, my też przecież oglądamy.
-Jesteście pewni, że nie powinniśmy interweniować? - wampir stanął pomiędzy braćmi.
-Mamy przeczucie, że czeka nas niezłe widowisko. - zakomunikowali.
-Jakby co, to was w końcu chrzanię i interweniuję. - oświadczył krwiopijca.
-W końcu jesteś troskliwy? – orzekła Rosa unosząc nosek.
-Po prostu nie chcę być królem Konan, jasne? - prychnął i skupił się na walczących.
Demon w tym czasie ściskał mocno Arena. Liczył, że w ten sposób młodzian straci wolę walki. Dzięki nasyceniu się odpowiednią ilością dusz był w stanie bez problemu przetrzymać uderzenia anioła, który nie mógł rozwinąć swoich dawnych umiejętności, gdyż nie pozwalał mu na to ból. Kaxadit tymczasem całkowicie zdominował Alvaro i bez problemu manipulował jego ciałem.
-Chyba mówiłem, żebyś mnie nie dotykał – w jednej chwili zielonooki mężczyzna przerzucił przeciwnika przez ramię jak szmacianą lalkę.
-Pojmać go! - rozkazał Reon widząc scenę. Wskazywał na mężczyznę o zielonych oczach.
-Ten Aren jest nasz! - odkrzyknął Necro i gestem dłoni powstrzymał żołnierzy.
-Pierdolisz. - skwitował czarnowłosy. - Nasz tak nie umie.
-Niuniałem go tyle lat, może w końcu przyniosło jakiś efekt.
-Zamknijcie się, zagłuszacie odgłosy walki – prychnęła Rosa.
Gwałtowny upadek sprawił, że włosy oszukańczego Arena przybrały odcień morskiego błękitu. Demon przestał skupiać się na utrzymaniu tej postaci, więc efekt przemiany stopniowo zaczął być coraz mniej widoczny. Zbytnio jednak Kaxadit nie przejmował się tymi formalnościami. Jego celem było zabicie anioła. Powstał więc w ziemi, jak gdyby nigdy nic i otrzepał z ziemi dając znać przeciwnikowi, że rzut nie zrobił na nim wrażenia. Wyprostował dłoń przed siebie i uśmiechnął się w szyderczy sposób. Arena zaatakowała dzika fala wiatru, która odrzuciła go na paręnaście metrów w tył.
-Ok, koniec popisów – orzekł Necro i ruszył w stronę morsko-włosego mężczyzny.
-Nie wtrącaj się! - krzyknął w niego stronę prawdziwy Aren.
-Hę? - w tej chwili wampir wyglądał na bardzo zszokowanego.
-To chyba pierwszy raz, kiedy Aren nie zawołał „Necruś, ratuj!” - wywnioskowali Francuz i jego klon widząc reakcję wampira z rozdziawionymi ustami.
W pewnej chwili okolicę przeszył potworny krzyk młodego króla. Klęcząc i zginając się, kurczowo obejmował się jakby licząc, że to choć trochę zmniejszy jego cierpienie.
-Coś Cię boli? - Kaxadit udał troskę, by w chwilę potem posłać w stronę mężczyzny wiatr o sile niemalże równej huraganowi. Ziemia, piach, kamienie, wszystko zaczęło lecieć w stronę nieszczęśnika. Dodatkowo okolica zaczynała robić się coraz ciemniejsza, choć nie z winy wiatru. Parę osób uniosło głowy, by spojrzeć w niebo. Księżyc zaczął zachodzić na słońce. Nie było jednak czasu, by podziwiać to zjawisko, kiedy wokoło dziczała wichura. W końcu jednak i ona ustała, a kurz zaczął opadać. Po królu nie było śladu.
-Heh, to było proste – skomentował Kaxadit.
-Chyba nie myślisz, że już po wszystkim? - rozległ się głos dookoła. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się jego źródło, dopóki nie spojrzał w górę. A tam właśnie, na tle księżyca przyćmiewającego słońce stała zawieszona w powietrzu postać o białych jak mleko skrzydłach. Anioł emanował blaskiem... to wszystko sprawiło, że wszyscy otworzyli usta ze zdziwienia.
-Następnym razem chyba pomyślę, zanim go wkurwię... - mruknął do siebie Necro.
-Czyżby jednak ta bajka o Elliocie miała w sobie odrobinę prawdy? - obaj przybrani bracia chwycili się za podbródek i zamyślili.
W tym samym czasie anioł rozprostował skrzydła i wzbił się wyżej w powietrze. Demon widząc nadchodzące zagrożenie znów zaczął przywoływać wiatr, by odbić atak napastnika. W tym wypadku jednak Aren był przygotowany. Kiedy wszystko zaczęło lecieć w jego stronę, ten gwałtownie zatrzepotał skrzydłami co odwróciło kierunek wiatru. Tym razem to Kaxadit musiał się przesłonić, by nie zostać okaleczonym.
-Zacząłem powoli czuć się niepotrzebny... - Necro zaczął o czymś myśleć.
-Nie ma nad czym dumać...za blisko stoimy! - Rosa osłoniła swoją twarz od ostrego wiatru i zaczęła biec w stronę drzew. Zamek, gdyby się rozsypał, nie byłby nazbyt bezpieczny.
Nim wampir zrobił cokolwiek, spomiędzy tumanu kurzu wyleciała anielska postać - Daj mi swój miecz! - to nie byłą nawet prośba, tylko rozkaz. - I odwróć uwagę demona - dodał.
-O..kej.. - powiedział niepewnie i podrzucił mu swój miecz, po czym ruszył na wroga. Znalazł się tuż przed nim. - Chcesz się trochę zabawić z lordem wampirem? - ucichnął się, a jego oczy zrobiły się w pełni czerwone.
-Ciągnij mi druta - skwitował demon. Fakt, że wyglądał dokładnie jak Aren sprawiało, że efekt był powalający - I nie przeszkadzaj, dorośli się biją - odrzucił go powiewem wiatru.
-Umiesz tylko pyszczeć, jak Faust, a po za tym nic... - skwitował wamp. Po chwili paroma susami zaczął szybko się do niego zbliżać, aż wreszcie pojawił się 5 metrów nad nim i uderzył go gołą ręką. Demon osłonił się ramieniem. Necro złapał za te ramię i lądując za plecami przeciwnika pociągnął go za sobą, tak że ten runął na ziemię przed nim. Zanim zdążył się pozbierać generał silnie kopnął go prosto w głowę.-Zamierzam się tylko potarmosić...Aruś mi nie wybaczy jeśli Cię ubiję.. - szepnął mu do ucha, za które złapał pazurami i wyrwał drapieżnie. Na te słowa razem z "pamiątką" odskoczył daleko do tyłu.. czekając, co zrobi jego panicz.
-Zdychaj! - krzyknął wściekle demon po czym uniósł dłoń w jego stronę. Necro został zasypany gradem ostrych kamieni, które raniły jego ciało.
-Właśnie o to chodziło - dobiegło nagle to ich uszu. Demon odwrócił głowę i spojrzał prosto na anioła lecącego w jego stronę, z przygotowanym mieczem. Kaxadit zdecydował się wykonać ten sam ruch, co wcześniej Aren. Złapał za ostrze, przez co atak został odparowany. W tej chwili Aren zmuszony został puścić miecz i wzbić się w powietrze. Kax skorzystał więc z okazji i chwycił rękojeść miecza. Wycelował dokładnie w oślepionego kurzem wampira. Ostrze miało przebić szyję na wylot. Rzucił z gwałtownym rozmachem. Prawie trafił, jednakże w ostatniej chwili interweniował anioł popychając wampira na ziemię.
-Żeby potem nigdy nie było, że Ci nie pomogłem! - uprzedził Aren do Necro. Miecz znów był w jego rękach.
-Przestań bawić się ze mną w berka, Elliot! - krzyknął wściekle demon. - Przyjdź tu i walcz!
-Z dziką chęcią! - dobiegło do niego z góry. Kaxadit uniósł głowę i spojrzał na przeciwnika, zamiast uciec. Ostrze obosiecznego miecza przeszyło jego czoło.
-Ostro.... to nie może być Aren - wamp otrzepał się z piasku.
Walka zdawała się dobiegać końca. Mimo to demon nadal szarpał się chcąc pokonać największego przeciwnika. Uniósł więc dłoń, by wywołać swój ostatni huragan. Nim to jednak zrobił, anioł chwycił jego nadgarstek i przebił dłonią pierś. Coś czarnego jak atrament, gęstszego niż krew zaczęło wypływać z jego ciała.
-Tego chłopaka nie dało się już uratować - szepnął anioł w żalu. Sprawiając demonowi okropne męki, zaczął zagłębiać dłoń w wnętrznościach przeciwnika. W końcu dotarł do swojego celu i zmiażdżył to. Z demonicznej powłoki zaczęły ulatniać się blade światła.
-Dusze pożartych - stwierdził Faust oglądając uważnie sytuację.
Z ciała pokonanego dobył się dziki, nieludzki wrzask ogłaszający koniec bitwy. Aren oddalił się od swojego przeciwnika, który bezładnie opadł na ziemię. On sam zaś, jak liść za powiewem wiosennego wiatru, zaczął unosić się w powietrze. Skrzydła zaczęły stopniowo znikać, a białe puszyste pióra tańczyć z powietrzem po całej okolicy.
-Romantycznie, prawda? - Rosa spojrzała na wirujące pierze, które z gracją spadało na podłoże.
-Hej żyjesz tam?! - Necro zawołał do króla. Zastanawiał się kim teraz jest, czy ta samą osobą, którą był?
Wampir, dzięki swojemu świetnemu wzrokowi ujrzał lekki uśmiech na twarzy anioła. Skrzydła całkiem się rozpadły. Wtedy właśnie król zaczął bezładnie lecieć w kierunku ziemi.
Necro, ani chwili się nie namyślał. Ruszył i złapał go bez problemu, jak spadającą księżniczkę... na ręce. Po czym uśmiechnął się do niego. - Piękny ending, co powiesz swojemu wybawcy?
Nie dostał jednak odpowiedzi. Ciało Arena zdawało się być bezładne, jakby był martwy. Po chwili jednak jego klatka piersiowa zaczęła unosić się lekko.
-Aren! Obudź się... - nagle złapała go w pasie Kyrie.
-Jest nieprzytomny, powinien odpocząć... w końcu został bitewnie rozprawiczony - Faust wzruszył ramionami. - Ej Remuno, walka skończona, dusza Twojej princessy na pewno wróciła na miejsce!
-Pójdę sprawdzić! - uszczęśliwiony Reon, jednak pełen obaw pobiegł do swojej lube.
Necro położył Arena na ziemi. - Zrób coś żeby się obudził... - powiedział do Kyrie.
-Ale co? - dziewczyna spojrzała na wampa szukając w jego oczach sposobu.
-Najpierw go pocałuj, jak nie podziała weź kija i walnij go w brzuch.. - podał jej jakąś gruba gałąź.
-Na pewno? - zapytała.
-Zaufaj mi.. - wampir mrugnął okiem.
Kyrie zniżyła się do mężczyzna z warkoczem.
-Proszę zbudź się... - położyła swoje delikatne usta na jego, delikatnie go całując, ofiarując mu swoją całą miłość. Ale chwilowo nic...odeszła od niego na krok, chwyciła gałąź i uniosła ją do góry zamykając oczy.
-Nie powinnaś tego robić - jeden z identycznych przybranych bliźniaków chwycił za gałąź, a drugi wziął nieprzytomnego króla na ręce.
-Przez przypadek mogłabyś mu zmiażdżyć jakiś ważny narząd - wyjaśnił Faun.
-Nie słuchaj Necro w chwilach, kiedy mówi o biciu innych ludzi - dodał Faust.
-Ale ja chciałam tylko... - kobieta poczerwieniała. Teraz do niej doszło, że mogła zrobić mu coś niefajnego.
-Eeee nie słuchaj ich! Konańczycy są z żelaza! Dobry łomot, każdego ocuci! - zaśmiał się wamp.
-Znamy inny sposób - Faust położył Arena na podłogę.
-Gotowy? - zapytał Faun.
-Jasne. - uśmiechnął się egzorcysta. I wtedy krzyknęli razem:
-Na wszystkich bogów! Necro! Nie umieraj!
-COOOO?! - Aren zerwał się z ziemi jakby leżał na rozżarzonych węglach. - Gdzie?!
-Bardzo śmieszne.... - westchnął wampir z heterochromią.
-Tak się ciesze, że się ocknąłeś - Kyrie rzuciła mu się w ramiona. - Tak się ciesze, że nawet nie będę zazdrosna o pana Necro... - dodała.
-Ale.. e... o co chodzi? - zapytał zdezorientowany i rozejrzał się po wszystkich. Wtedy też okazało się, że nie wszystko, co związane z aniołem, zniknęło. Jedne z jego oczu nadal miało barwę zieloną.
-No i się narobiło. - mruknął Faun.
-Tak się dzieje, jak ktoś chce się upodobnić do swojego idola - wymownie zerknęli na wampira.
-Hej Aren dlaczego masz.... kolorowe oczy? - generał zapytał prosto z mostu.
-Zielone oczy, szmaragdowe... miał Elliot... - wyjaśniła Kyrie.
-Czujesz się jakoś specjalnej? - dopytał krwiopijca.
-Mam kolorowe oczy? - spojrzał na nich z niedowierzaniem.
-Skoro wampir z kolorowymi patrzałkami oznacza katastrofę własnego rodu, to co może oznaczać król-anioł z kolorowymi oczami? - zaciekawił się Faun.
-Rozpierdol połowy planety - wyjaśnił krótko Faust. - Albo przynajmniej całego państwa.
-Albo, że Elliot budzi się... - zauważyła Rosa, która nie podchodziła za blisko.
-To znaczy, że mój ukochany będzie wkrótce świadomy? - Kyrie uśmiechnęła się.
- A ja stracę Arenka... - mruknął Necro pociągając nosem.
-Necro, czy Kyrie... - powiedziała do siebie czarnowłosa.
-Ale ja chcę być nadal sobą! - sprzeciwił się Aren.
-Nie sądzę, żeby twoje dawne "ja" przejęło całkowitą kontrolę - wtrącił egzorcysta - Co najwyżej możesz mieć podwójną osobowość.
-Eeeh... chcę odpocząć - Aren zawiesił głowę.
-No to podnieś się i idź do łóżka... - wampir mu burknął.
-Ja pomogę!-zaoferowała się Kyrie, próbując mu pomóc wstać.
-A ty Rosa nawet nie próbuj..! - wtrącił blondyn o wampirzym pochodzeniu.
-O co Ci znowu chodzi..? - spojrzała na niego pobłażliwie.
-O to, że nasz bohater ma za dużo poświęconej uwagi... - odpowiedział jej ze śmiałością.
-Głupi zazdrośnik.. - błękitnooka skwitowała jego postawę.
Aren wstał, choć jego nogi trzęsły się jak galareta.
-My Ci pomożemy - stwierdzili egzorcysta i demon. Wzięli monarchę na swoje barki i zaczęli prowadzić. Dopiero teraz król zobaczył, ilu ludzi patrzyło na jego wyczyn. I jak wszyscy zaczęli wiwatować.
Twórcy: Aren, Alvaro, Kyrie, Necro, Rosa, Faust, Faun, Reon






Nastał następny dzień, słabe marcowe słońce grzało powolnie budząc pąki na drzewach. Promienie wpadały do pokojów rozświetlając wszystkie ściany. Biała dziewczyna głęboko ziewnęła przeciągając się w łóżku. Szybko wstała i pomyślała o śniadaniu. W kuchni zaczęła przeglądać zawartość szafek. W międzyczasie usłyszała rozmowę pokojówek szykujących stół w jadalni.
-Młody król już wrócił... - powiedziała jedna.
-Całe szczęście. Może zakończy jakoś sprawę z tym mordercą. - dopowiedziała druga.
-Musimy przyszykować, jakiś wystawny obiad. Francuzi też wrócili, jak dobrze. Będzie na co popatrzeć-pierwsza okazała swoje podniecenie.
Na twarzy Kyrie pojawił się uśmiech. Jej ukochany wrócił! Nie było czasu na jedzenie, pobiegła od razu do jego sypialni już od progu wołając.
-Elliot, Elliot!
-Hmm? - szatyn odwrócił się w jej stronę. Aren siedział przy toaletce. Splatał sobie warkocz. - Miło Cię widzieć, Kyrie - uśmiechnął się do niej. - Nie wiedziałem, że już wstałaś.
Kobieta rzuciła się na niego, mocno przyciskając do piersi. - Tak tęskniłam! - zareagowała.
-Nie myślałem, że będziesz AŻ TAK cieszyć się na mój widok... - przyznał rumieniąc się mocno - Przepraszam, że zostawiłem Cię samą... jeszcze ten morderca... byłaś w niebezpieczeństwie.
-Nie, zaopiekowali się mnę dobrze - uśmiechnęła się robiąc słodką minkę. - Jak było we Francji? - zapytała z ciekawością.
-Rozpustnie... - przeszło mu przez głowę - Bardzo interesująco... nauczyłem się wiele o nowej kulturze i obyczajach.... - powiedział na głos. - Obiecałem Ci prezenty... powinny przyjść za parę dni.
-Nie trzeba było... ty jesteś dla mnie największym prezentem.. - pocałowała go prosto w usta nie czekając ani chwili dłużej.
-Ja... bo ja myślałem, że jeszcze chcesz przemyśleć, czy na pewno Ty i ja... - pocałunek wybił go z równowagi.
-Nie rozumiem...? - zaczęła gorączkowo ściągać z niego koszulę.
-Ja też nie... co robisz? - spojrzał na nią zakłopotany.
-Nie chcesz tego...? - w jej oczach pojawiły się łzy rozpaczy.
-Mylisz się! Chcę, bardzo, bardzo chcę... ale przecież... nie wiem czy jesteś gotowa, jesteś dziewicą, przemyślałaś tą kwestię...?
-Nie jestem dziewicą.. - Kyrie pociągnęła nosem.
-W tym ciele jesteś... przejęłaś ciało małej dziewczynki...
-To w takim razie...w takim razie - zacisnęła wargi - ..zrobię Ci śniadanie.
-Jak widzę jednak nie chcesz tracić dziewictwa - uśmiechnął się do niej i pogłaskał po policzku - Zastanów się dobrze, czy jestem dla Ciebie odpowiedni.
-Ależ oczywiście! Jesteś moim Elliotem! - od razu zareagowała robiąc dziecięca minkę.
-Jesteś słodka kiedy tak robisz - ucałował ją w policzek - Przez to wszystko muszę robić warkocz od nowa...
Uśmiechnęła się - Mogę zrobić Ci dwie kiteczki? - powiedziała całkiem serio.
-Co?! Nie, nie dziękuję.... preferuję zwykły warkocz....
-Hehe w przeszłości tez go lubiłeś... - mrugnęła mu okiem. - I mnie bardzo lubiłeś.. - wsunęła mu swoją dłoń w spodnie.
-Teraz nawet domyślam się dlaczego... - gwałtownie wyprostował plecy. - To jakaś anielska pieszczota...?
-He he - wstała, jak oparzona. - Jestem za szybka, prawda? - odwróciła się do okna.
-To nie o to chodzi... po prostu wolałabym, żebyś była pewna w stu procentach, że tego chcesz. Nie chcę mieć świadomości, że po wszystkim będziesz żałować...
-A ty? Chcesz tego? - zapytała.
-Jestem mężczyzną, byłbym szurnięty, gdybym nie chciał...
-Cieszę się! W takim razie dziś to zrobimy - pomachała mu paluszkiem bezwstydnie składając obietnicę.
-Eeee... jesteś pewna...? - podrapał się po głowie.
-Z całą pewnością... - otworzyła okno. - Jaki przyjemne mroźne powietrze... - wzięła głęboki oddech.
-Nie przepadam za zimnem... wolę ciepełko i zdrowie... - okrył się kocem i zaczął splatać włosy.
-Hmmm to może powinnam zostać Twoją osobistą pielęgniarką... - zbliżyła się do niego zapominając o oknie.
-Na razie byłbym wdzięczny, gdybyś została osobistą fryzjerką...
-Yyyy dlaczego? Nie chcesz, abym się Tobą opiekowała? - naburmuszyła się jak dziewczynka.
-Chcę, tylko na razie bardziej przydałaby mi się fryzjerka, którą mógłbym ucałować za pomoc...
-No to nie..-położyła się na łóżku i zaczęła sobie leniwie machać nogami.
-Jeśli nie chcesz... - wrócił do swojej czynności. Kiedy skończył i zawiązał małą czarną kokardkę, wstał i zbliżył się do łóżka, po czym pochylił i pocałował ją w czoło - Idziemy na śniadanie?
-Dobrze... - tym razem nie umiała mu odmówić.
Wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Następnie udali się do jadalni, gdzie posiłek był już przygotowany. Poza nimi w pomieszczeniu znajdował się jeszcze Alvaro, który na ich widok uśmiechnął się szeroko.
-Dzień dobry, jak udała się podróż? - zapytał.
-Udana, dziękuję - odpowiedział Aren po czym podprowadził dziewczynę do stołu i odsunął dla niej krzesło.
-Przepraszam, jak pan ma na imię? - Kyrie walnęła prosto z mostu.
-Alvaro. - przypomniał - Spotkaliśmy się już raz, kiedy nakryłem.. to znaczy natknąłem się na was przy obrazie Królowej Lenioe.
-Na prawdę? Nie pamiętam... - roześmiała się trochę w irytujący sposób.
-Wasza Wysokość, czy ktoś jeszcze do nas dołączy przy śniadaniu? - Alvaro postanowił całkowicie zignorować dziewczynę.
-Sam nie wiem, dopiero co wyszedłem z sypialni. Wróciliśmy w środku nocy, nadal nie jestem w pełni wypoczęty.. przypuszczam, że inni również. Generał Remuno jest na pewno zajęty dziećmi, diabelskie bliźniaki może coś kombinują, Rosa nie mam pojęcia... - zaczął wyliczać.
-Przepraszam Arenie, czy trzecią w kolejności wymieniłeś kobietę? - Kyrie nagle podskoczyła, jakby coś źle usłyszała.
-No tak, Rosę. Wiesz, która to, prawda?
-Podoba Ci się ona? - zapytała wprost.
-Jest świetna osobą, ale... Ty jesteś o wiele lepsza od niej. Nie rozumiem, dlaczego pytasz?
-A w czym jestem lepsza od niej...? - wierciła dalej temat.
-Jesteś zazdrosna? - zapytał.
-Odpowiedz, a nie zmieniasz temat...! - walnęła widelcem w stół
-Jesteś o wiele ładniejsza, masz ładniejszy głos, figurę, usta, ładniejsze oczy... i chciałem dodać delikatna, ale teraz powątpiewam.. - zerknął na jej widelec.
-Czyli we wszystkim jestem lepsza...? - widać po jej twarzy, że koniecznie chciała to usłyszeć od niego.
-Jesteś lepsza, bo jesteś dla mnie wyjątkowa - oświadczył.
-Kochasz mnie? - jej oczy rozbłysły szczęściem.
-Eee... - Aren zrobił się cały czerwony.
-Kocha Cię - uciął Alvaro zajadając rogalika.
-Naprawdę! - Kyrie wstała i podskoczyła ze szczęścia. - Juhu!
-Dlaczego to powiedziałeś? - Aren zaczepił cicho Alvaro.
-Przecież to prawda - ziewnął.
-Kyrie... zjedz coś... - Aren próbował zmienić temat.
-Dobrze! - sięgnęła po drożdżówkę i wzięła kęsa.
Tymczasem do jadalni wszedł zmęczony Necro. Usiadł i nic nie mówiąc nalał sobie czarnej kawy.
-Nie wyspałeś się? - zapytał od razu Aren.
-Bardzo śmieszne...przecież nie spałem... - spojrzał na niego wzrokiem mordercy, jakby to była jego wina.
-Emm.... ale dlaczego? Zaraz... przez całą noc wypełniałeś dokumentacje..?! - wstał jak oparzony patrząc z niedowierzaniem na wampira.
-Podobno wampiry nie potrzebują snu, więc co w tym takiego niezwykłego? - wtrącił Alvaro.
-Dokładnie, snu nie potrzebuję...ale ręka mnie już boli..od pisania - wyjaśnił skąd wzięło się jego zmęczenie. - Nawet kubka nie mogę podnieść... - westchnął ciężko.
-Jesteś wspaniały! - oczy Arena zabłysły. - Zaraz po śniadaniu przejmę robotę. - dodał.
-Powinieneś się cieszyć czasem wolnym - mruknął Levoronczyk.
-Nie mogę się cieszyć, kiedy mój przyjaciel odwala moją robotę! Czuję się winny.
-Nie Twoja tylko Reona.. - mruknął.
-Ręka mu nie uschnie, jak dokończy sam pracę z dokumentacją - nagle w drzwiach stanęła Rosa.
-Szukasz zaczepki księżniczko? - Necro popatrzał się na nią kłopotliwie.
-Nie, tylko jedzenia.. - pokazała mu język.
-Dzień dobry - Aren uśmiechnął się do niej ale zaraz przestał widząc na sobie badawczy wzrok Kyrie.
-Widać powoli wszyscy się zbierają... - mruknął Alvaro - Jakieś postępy w schwytaniu mordercy? - zapytał w końcu.
-Tak, znaleźliśmy pierwsze ślady...dogłębna analiza sprawi, że szybko się dowiemy-odpowiedziała z zadowoleniem i nalała sobie herbaty.
-Widzisz Aren.... ta kobieta wszystko potrafi... i po co Ci Reo - podsunął Necro, złapał drżącą ręką za widelec mierząc w plaster szynki i zaraz go wypuścił. - Nie dam rady... - westchnął z bólem.
-Bo jesteś idiotą... - Rosa wzięła kawałek mięska i podsunęła mu pod nos.
-Jak na osobę, która go nie lubi, jesteś bardzo troskliwa - podsunął morskowłosy Levoronczyk.
-Ja tam sądzę, że się lubią i to bardzo - Aren uśmiechnął się szeroko.
-Coś Wam się przyśniło! - odwróciła się, wstała i usiadła po drugiej stronie stołu.
-No i co kurwa narobiliście, kto mnie teraz nakarmi... - Necro spojrzał na nich morderczym wzrokiem.
-Ja mogę! - do pokoju wpadła mała Lilith. Jej pojawienie się zapowiadało także rychłe pojawienie się Fausta.
Mała wampirzyca usiadła przy stole i spojrzała na Necro - Na co masz ochotę?
-Na krew dziewicy... - odpowiedział jej z przekąsem. na te słowa Kyrie schowała się za plecami Arena.
-Przyniosę - powiedziała z uśmiechem i wyleciała z pomieszczenia.
-Ona chyba nie zamierza polować... - król odprowadził małą wzrokiem.
-Nie wiem...ale prawda jest taka, że przydałaby mi się jakaś kobieca krew.. - wampir spojrzał na Rosę.
-Frajer! - chwyciła to, co miała pod ręką i rzuciła w niego.
-Jesteś złym człowiekiem panie Necro - dodała cicho Kyrie.
-Tyle, że on nie jest człowiekiem... - mruknął król do anielicy.
-Mam - Lilith wpadła do pokoju z dużą fiolką wypełnioną czerwonym płynem i odkorkowała. Zapach zawartości od razu dobiegł do nozdrzy wampira. - Może być? - zapytała grzecznie.
-Skąd to masz? - zainteresował się Alvaro.
-Z pomieszczenia medycznego. - odparła. - Bo tatuś nie pozwala brać swoich.
-Skąd to wzięłaś to próbka! - Rosa wstała.
-Niezła, chodź wolę prosto z ciała.... - Necro wziął od dziecka fiolkę.
-Nawet się nie waż, ona może być czymś zarażona! - kobieta podbiegła do niego.
-Dobra, już dobra.. - oddał Rosie prezent od Lilith. Czarnowłosa wzięła fiolkę i wylała do pobliskiego zlewu. - Co, Czemu żeś to zrobiła?! Czy nie była Ci potrzebna? - nie zrozumiał tego co zrobiła.
-Gdy krew ma za długi kontakt z powietrzem i tak już się nie nadaje. to Twoja nauczka... - uśmiechnęła się złośliwie.
-Jeść.. - pisnął wampir.
-Chciałam dać pić wujkowi. Znajdę coś innego - znów wybiegła z pokoju.
-Nie gniewaj się na nią Roso, to w końcu dziecko i chce pomóc - wtrącił się monarcha. - Masz - wziął kawałek ciasta rumowego i podsunął wampirowi.
-Mogłem wypić butlę winka, może wtedy wyobraziłbym sobie Ciebie, jako śliczną dziewczynkę podającą mi ciasto - otworzył buzię. Wtedy nagle podleciała Kyrie i chwyciła kawałek własnymi ustami.
-Jestem zazdrosna! - powiedziała kiedy przełknęła.
-Że co? - Necro czuł się coraz bardziej zrezygnowany.
-Kyrie, spokojnie - w drzwiach stanął Faust - To jego przyjaciel, nie kochanek...
-Jeszcze raz... - Aren znów nabrał ciasta i podał jej - Kyrie, tylko tym razem nic nie rób... zaraz nakarmię Cię truskawkami...
-Wolałabym czym innym.. - odpowiedziała lekko się czerwieniąc.
-To niesmaczne.. - westchnął wamp. Widać, że wszyscy tez podłapali tą dwuznaczność wypowiedzi.
-Kyrie, nie jesteśmy sami! - Aren tym bardziej się zaczerwienił.
-Więc już przeszliście na nowy etap znajomości? - zaciekawił się Faust siadając obok wampira.
-Faust masz przy sobie jakieś pigułki miłości...zastanawiam się, czemu Rosa nie jest taka czuła, jak Kyrie... Może jest facetem..? - Necro westchnął komicznie.
-Co, żeś powiedział DEBILU?! - błękitnooka zacisnęła w pełni wkurzona.
-Naprawdę? Ale jest taka ładna, to na prawdę facet?-Kyrie szybko podłapała.
-Skądże! Jestem 100 procentowa kobietą-Rosa zaraz zaprzeczyła.
-Udowodnij..bo Ci nie wierzymy-wamp ciągnął swoje.
-Przeginasz pałę Necro - ucięła krótko.
-Gdzie? - generał spojrzał na swoje spodnie.
-Dlaczego po prostu go nie zignorujesz? - Faust wyciągnął z kieszeni papierośnicę.
-Ap ropo ignorancji Faust, gdzie podziała się Twoja druga identyczna połówka? - wtrącił Aren.
-Karmi gryfy. Pamiętaj, że masz nowe zwierzęta i nimi także musisz się zająć.
-Jestem! - rozmowę przerwała Lilith. W dłoniach tym razem trzymała butelkę. - Tatku, mogę podzielić się z wujkiem krwią wilkołaka? - spojrzała błagalnie.
-Niech będzie... - westchnął Francuz i zapalił papierosa.
-Nie będę narzekać! - w Necra jakby wstąpiły nowe siły. Chwycił energicznie butelkę, otworzył i się napił.
-A taki był zmęczony.... - wtrąciła Rossi.
-Chciał wzbudzić w was litość - Aren się uśmiechnął - Kyrie, jakie masz plany na dziś? - zapytał jeszcze.
-Żadnych! - podniosła rękę.
-Jesteś dzisiaj bardzo energiczna - podsunął egzorcysta - Jaki jest tego powód?
-Bo... bo - zaczerwieniła się stukając jednym palcem wskazującym o drugi.
-Bo? Wybacz, ale nie znam alfabetu Morse'a...
-..seks.. - odparła krótko.
-Aaaa.... stres przed pierwszą masturbacją? - Faust skinął głową. - Nie martw się, Solaris się nie pogniewa.
-Dobrze wiesz o co jej chodzi - wtrącił Alvaro.
-Co to "masturbacja"? - zapytała Lilith.
-Tatuś wyjaśni Ci potem.
-Kiedy?
-Za jakieś 10 lat.
-Nie masturbacją, bo będziemy we dwoje! - Kyrie powiedziała śmiało.
-Aren... - Rosa spojrzała na niego poirytowanym wzrokiem.
-Masturbacja grupowa - podsunął egzorcysta.
-Ja tego nie planowałem! - Aren poczerwieniał patrząc na czarnowłosą - Mówię, żeby się zastanowiła, ale ona nie chce słuchać...
-Dziwisz się jej. Jej Elliot pewnie bzykał się z nią rano, wieczór i w południe, a ty? Sam wyseksiłeś się we Francji to teraz na nią ochoty nie masz.... - wtrącił wampir. Kyrie za to rozpłakała się na te słowa, jak mała dziewczynka zginając piąstki.
-Jak mogłeś powiedzieć coś takiego?! - Aren wstał jak oparzony.
-Pobij go - podsunął Faust opierając się wygodniej o krzesło.
-Nie wtrącaj się! - zasyczał.
-A więc władca nie był na żadnym spotkaniu o wadze państwowej, tylko pukał Galijki? - zaciekawił się Alvaro. - Nieładnie tak, zostawić dziewczynę w domu, żeby lecieć na "spotkanie służbowe"...
-To nie jest moja....... wina! - zaprzeczył gorączkowo Aren chcąc najpierw powiedzieć "moja dziewczyna". - One mnie spijały i wykorzystywały!
-O tak, 3 razy przedawkowały pigułki gwałtu - mruknął ironicznie spirytysta.
-A na końcu się zakleszczył... - dodał złośliwie Necruś.
-Słucham... - Rosa wypluła to, co miała w ustach.
-Necro ma na myśli, że kleszcz mnie ugryzł! - wtrącił pośpiesznie szatyn.
-Nie...ale Faust to lepiej wytłumaczy niż ja.. - spojrzał na egzorcystę w nadziei, że zaraz rozpęta się burza.
-Taaa... te francuskie kleszcze są czasem okropne... mają dziwne napady kiedy są mocno zestresowane... nazywa się to chyba napadem pochwicowym, ale nie jestem pewien - ziewnął spirytysta.
-Zakleszczyłeś się w babie? - Alvaro roześmiał się na cały głos.
-To wszystko przez Necro! - Aren wstał i wskazał na wampira.
-Aren...straciłam do Ciebie szacunek... - powiedziała Rosa i wzięła ciastko do ust nawet nie patrząc na jego twarz.
-Seksu nie będzie... - stwierdziła zwieszona i zawiedziona Kyrie.
-Hej Aren, jak to jest... Być w oczach kobiet cholernym zboczuchem? - Necro prawie pękał ze śmiechu. - Teraz już ani jedna, ani druga Cię nie lubi.. - szepnął mu z ironią do ucha.
-Powiedział facet, który o mało nie zabił niewinnej dziewczyny! - chwycił talerzyk w masłem i rozsmarował wampirowi na czole - Wychodzę - wyprostował się i wyszedł z pomieszczenia zatrzaskując za sobą drzwi.
-Wszystko potrafisz spieprzyć - Francuz wzruszył ramionami, jakby nie czuł się współwinny tego wszystkiego - Również idę.
-Papa - powiedziała Lilith i wyszła razem z ojcem.
-I co się tak patrzysz....? - Necro zauważył, że Rosa mierzy go wzrokiem z niechęcią.
-Nic... ja też wychodzę - odpowiedziała krótko i zrobiła to, co poprzednicy.
-Heh kobiety tak łatwo urazić.. - westchnął wamp.
Twórcy: Aren, Kyrie, Necro, Alvaro, Faust, Lilith, Rosa





Przed wylotem Aren musiał pożegnać się z Jeanem. Król Galów okazał zrozumienie i nie widział problemu w natychmiastowym wyjeździe konańskiego monarchy. Na odchodnym okazało się jeszcze, że władca Francji przydzielił szatynowi dwa gryfy z własnej hodowli. Co więcej, był to przydział bezzwrotny.
Dzięki owym stworzeniom cała trójka dostała się do posiadłości egzorcysty o wiele szybciej niż na koniach nawet, kiedy Necro uparł się, że chce ujeżdżać stwora sam, a gryf był wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu spraw, kiedy to całkowicie obca osoba zasiadła na jego grzbiecie.
Faust i Faun pomagali w pakowaniu rzeczy Arena i Necro. Nie musieli martwić się o własne ubrania, gdyż nimi zajmowali się Sheena oraz Schroeder. Pod wieczór powóz spakowano, jedna z pokojówek została posłana po księcia Sorena a cała czwórka gotowa była do lotu. Jeden z gryfów widząc, że wampir zbliża się do niego zasyczał, więc na wszelki wypadek zamieniono się osobnikami przy czym Faun znów zasiadł na grzbiecie monstrum wraz z krwiopijcą. Wyleciano.
Przed frontowym wejściem królewskiego zamku w Priusie oba stwory wylądowały późną nocą. Cała czwórka zdawała się być wyczerpana długim nieprzerwanym lotem, w dodatku przy niesprzyjającej pogodzie. Żołnierze, którzy ich witali najpierw mieli ich za wrogów toteż nic dziwnego, kiedy to cała czwórka zastała zwrócone w swoją stronę dzidy, halabardy i miecze. Widząc jednak znajome twarz schowali bronie.
-P..przepraszamy za takie powitanie, Wasza Wysokość, Generale.. - ukłonili się głęboko.
-A my to już się nie liczymy? - zapytali z oburzeniem bliźniacy.
-Nie czas na żarty, panowie - wtrącił się król. - Czy już coś wiadomo?
-Jak na razie sprawa jest nierozwiązana. Morderstwa w zamku ustały, zaczęły się natomiast w mieście... i tu i tam ludzie nie mogą spać... - wymownie zerknęli na zamek, w którym większość świateł nadal się paliła.
-Chyba Reo nam więcej powie o tej sprawie... - chrząknął wampir.
-Niewątpliwie... idziemy.
-My za ten czas gdzieś zaparkujemy - dobiegło do nich identyczne wołanie.
-Dołączcie do nas potem.
Aren i Necro podążyli do gabinetu w którym zastali drzemiącego Reona. Pod ręką miał książkę, a raczej poradnik o wychowaniu dzieci. Prócz tego całe biurko i pokój były zapełnione dokumentacją.
-Horror, wiedziałem, że to się tak skończy... - podsumował wamp widząc tą scenkę.
Młody król westchnął lekko - Więc wakacje naprawdę mi się skończyły... REON! - krzyknął - Baczność!
Generał od razu wstał, był cały zawstydzony i zakłopotany.
-Tak jest! - zameldował się.
-Jestem naprawdę zmęczony... więc może byś mi od razu złożył raport..?
-Tak więc, od czego by tu zacząć.. - chwycił część papierów z brzegu, ale wszystkie się wysypały. - ..ktoś zabrał duszę Luny... - powiedział z bólem.
-Wiem, że Luna jest dla Ciebie bardzo ważna, poza tym dzieci... ale mój brat? Naprawdę nie żyje? Rosa nie dała rady go odratować?
-Rosa... nie chciała go uratować - odpowiedział mu. Na te słowa Necro demonicznie się uśmiechnął.
-Gdzie ona jest? - zapytał od razu - I Kyrie? I cała reszta? Są bezpieczni?
-Pewnie śpią.... u siebie... - odpowiedział królowi pokazując na zegar. Było już na prawdę późno.
-Uuuu chyba sam się zdrzemnę. Reon ustąp mi miejsca - Necro powiedział złośliwie wypychając go zza biurka. Sam usiadł na krześle, ziewnął, wyciągnął pióro z szuflady i chwycił pierwszy lepszy dokument, po czym zaczął go uzupełniać. I tak po kolei.
Aren spojrzał na krwiopijcę z niedowierzaniem ale postanowił nie skomentować tego faktu, aby nie zniechęcić go do wykonywania tej czynności. Zamiast tego ruszył w kierunku swoich komnat. Nie miał jednak zamiaru iść spać. Zamiast tego postanowił złożyć wizytę Kyrie. Mogła już od dawna spać, jednakże wolał być pewny, że nic jej nie jest. Poza tym nie chciał się przyznać, jednakże w głębi śmierć Dantego nie poruszyła go tak bardzo. W rzeczywistości, podobnie jak inni czuł antypatię względem krewniaka.
Podchodząc pod drzwi cichutko zapukał i wszedł do środka. Leżała w łóżku, prawdopodobnie spała. Uśmiechnął się widząc, że nic jej nie jest.
I wtedy to usłyszał za sobą ciche stukanie palcem w drzwi. W nich stałą Rosa i uśmiechnęła się do niego. Gestem pokazała, aby za nią poszedł. Monarcha zamknął drzwi i ruszył za czarnowłosą. Sądził, że ta chce mu coś pokazać, więc się nie odzywał.
Kiedy tak odszedł za nią w głąb korytarza, ona nagle go chwyciła za szyję i przyparła do ściany. Nie to było najgorsze, wymierzyła mu kopniaka z kolanka prosto w najczulsze miejsce... tak, że Aren się zwinął z bólu.
-Myślałeś, że nas oszukasz, ale się nie udało, co?! - powiedziała niemal zgniatając mu gardło i przewalając go na ziemię - Unieszkodliwię Cię na dobre.. - położyła mu stopę na obojczyk i zaczęła mocno przyciskać. Druga stopa, w rozkroku była tuż obok jego prawego ucha przez, co widać było jej trochę bielizny.... to dodatkowo unieruchomiło Arena.
-Ale ja nie rozumiem, Rosa! O co chodzi?! - zawył z zaskoczenia i bólu.
-Jak to o co? Bawisz się ze mną!? Dobre przebranie... - uśmiechnęła się z wściekłością i przygniotła go swoim ciałem, aby się nie mógł wywinąć. Po czym pogłaskała go delikatnie po policzku. - Bardzo dobrze, wole tą postać, niż miałabym całować Twoją obrzydliwą mordę! - przymierzyła się do pocałunku.
-Ale, zaraz, zaraz, ZARAZ! Co Ty wyprawiasz, ja nie chcę umierać! Co ja takiego zrobiłem?! MAMUSIU! NEEEEECROOO! - zawył w przerażeniu.
Po chwili Rosa trochę odsunęła się od niego. - Drżysz?
-M...mam lekką... zapaść... - bąknął.
-Mówisz, jak Aren.. - nachyliła się nad jego twarzą tak, że jej długie włosy sprawiały wrażenie, że dookoła niego jest naprawdę ciemno.
-Bo nim jestem! Czyście wszyscy powariowali?! O co tutaj chodzi! Teraz wróciliśmy z Francji!
-To prawda - powiedziały dwa bardzo podobne głosy - Całujecie się?
Rosa odwróciła się za siebie i poczerwieniała. - Ja, ja, ja..he... he - potem zmierzyła Arena. - Nie mówcie, że....chyba. To prawdziwy król? - wystękała wciąż jeszcze na nim siedząc.
-My też nie możemy w to uwierzyć - odpowiedzieli.
-A jednak ta dziewczynka to Aren - dokończył Faust. - Nie śpicie jeszcze? Co z Lilith i Arielem?
-Śpią.. - Rosa ucięła krótko i szybko zeszła z króla. Odwróciła się od niego, aby nie patrzeć mu w twarz. Wstydziła się.
-Chciałbym wiedzieć, dlaczego... - zaczął król.
-Dowiedzieliśmy się, że morderca przybiera różne postaci - wtrącił Faun jednocześnie wyjaśniając wszystko władcy. Tymczasem Faust pomógł mu wstać.
-Rozumiem... więc Rosa chciała uratować życie Kyrie... to takie szlachetne - położył dłoń na ramieniu kobiety.
Ona podskoczyła, jakby dotknął ją czymś zimnym. - Nie, to nic takiego. - zarumieniła się.
-Jak to nie, przecież narażałaś własne życie. To godne podziwu. - uśmiechnął się. - Wyglądasz na zmęczoną, może powinnaś się położyć? - dodał z troską.
-Zajmowałam się dziećmi Reona, dlatego nie mogłam spać. - wytłumaczyła się.
-Więc Luna urodziła przed tym, jak ktoś ją zabił? Jestem daleko w tyle... świetnie bawiłem się we Francji, a teraz żałuję, że tam pojechałem.. - opuścił głowę jak zbity pies.
-Tak, ponieważ ktoś ją wrobił w morderstwo na Dantem. Szok sprawił, że zaczęła mieć skurcze. Reon ma trojaczki.. i kiedy wszyscy się nimi zajęliśmy. Morderca podkradł Lunę... i też ją zabił. Jednak po resecie... tylko Aurora wróciła do życia, a dusza luny gdzieś ugrzęzła - czarnowłosa wytłumaczyła w skrócie.
-Przykro mi to wszystko słyszeć... a, chciałbym Cię zapytać jeszcze o coś... dlaczego nie wskrzesiłaś Dantego?
Rosa przełknęła ciężko ślinę, jakby nie mogła zdobyć się na odwagę, żeby mu coś powiedzieć. - Ponieważ...sama chciałam go zabić.. - odpowiedziała cicho, odwracając się do niego plecami.
-Mówiąc szczerze... nie dziwię Ci się... - wyglądał na zakłopotanego. - Był wstrętny.... na pewno wyrósłby na osobę, która byłaby bardzo podobna do mojego ojca. Dlatego nie mam zamiaru zmuszać Cię do ożywienia go.. poza tym minęło już parę dni... przypuszczam, że już go pochowaliście.
-A więc nie jest Ci szkoda? - wtrącili się identycznie wyglądający mężczyźni.
-Nie! I dlaczego gadacie w tym samym czasie, to przerażające!
-Lubimy - uśmiechnęli się po szarlatańsku.
-Pewnie jesteście zmęczeni. - oceniła sytuację. - Wszyscy na pewno bardzo cieszą się, że wróciliście... - przetarła oczy i odrzuciła grzywkę na bok.
-Zaraz pójdziemy spać. Ty również odpocznij. - znów się do niej uśmiechnął. - Mam nadzieję, że uda nam się rozwiązać tą zagadkę.
-Jesteś dziwnie ciepły - Rosa przyjrzała się jego twarzy, a potem spojrzała na przybranych bliźniaków. - A wy czego? - wzburzyła się widząc, jak ich obserwują.
-Może liczymy na jakiegoś pornosa? - wzruszyli ramionami dziwnie się uśmiechając. - Niech będzie - westchnęli - Idziemy wkurwić Ariela. - odwrócili się i ruszyli korytarzem.
-Ciekawe ile musieli ćwiczyć, żeby mówić tak zsynchronizowanie...
-Skoro ten demon skopiował też mózg Fausta... są tak samo irytujący w tym samym czasie.. - podsunęła.
-Moim zdaniem... obaj są demonami. Tak przy okazji... wspominałaś, że jestem dziwnie ciepły... może znowu będę chorował - dotknął swojego czoła - Pół dnia lecieliśmy w deszczu i wiał wiatr, wszystko jest możliwe...
-Co? Nie o to mi chodziło... - zwiesiła nos, po czym zbliżyła się do niego, złapała za podbródek i przyłożyła swój policzek do jego czoła. - Na razie. W porządku...
-Dziękuję za troskę... - odparł lekko się rumieniąc. - Może, skoro może tu być niebezpiecznie, odprowadzę Cię do pokoju? - zaoferował się.
-Jasne.. - poprawiła włosy, jakby lekko się denerwując. W drodze mało co mówiła, ale wreszcie się zmusiła trochę. - ..zdałam już wszystkie egzaminy z medycyny.. - powiedziała ni z gruszki, ni z pietruszki.
-Naprawdę? To świetnie! - ucieszył się - Mam nadzieję, że będę mógł na Tobie polegać, gdy znowu coś mnie powali? Możesz być moją osobistą panią doktor... - wyznał, jakby chciał ją zawstydzić.
-Ale ja... - otworzyła usta, widać, że mu się udało - To jest mój pokój..! - obroniła się szybko zmianą tematu.
-Tak, widzę - uśmiechnął się. - Może trzeba będzie przenieść Cię do innego, na wypadek, gdybyś była kiedyś potrzebna w nagłej sytuacji... - zamyślił się.
-Nie ma takiej potrzeby... i tak mogę wskrzesić nawet trzydniowego trupa... chyba że proces rozkładu się zacznie... - powiedziała z lekkim obrzydzeniem.
-Heheheh... jeszcze żyję i nic mi nie jest. Jeśli chcesz tu zostać, nie mam nic przeciwko. A teraz powinnaś odpocząć. - uśmiechnął się do niej promiennie. - Wyśpij się. Od jutra postaram się przejąć wartę i czegoś się dowiedzieć. Poza tym ten francuski laluś na pewno już wypuścił w teren swoich przeźroczystych szpiegów...
-Tak, to dobry pomysł. Pójdę już spać i zamknę się w pokoju. - odpowiedziała mu.
-A więc dobranoc. - niespodziewanie pochylił się i cmoknął ją w czoło, troszkę jak starszy brat swoją siostrzyczkę, choć byli równolatkami. - Miłych snów.
-Dobranoc.. - powiedziała cicho z zaszokowaną miną. Król więc się odwrócił i zaczął podążać w swoją stronę. - Aren..! - zawołała za nim, jakby chciała go na chwilę zatrzymać. Podbiegła i złapała go za dłonie. Nabrała powietrza, jakby chciała mu coś ważnego powiedzieć. Nawet ten wymowny rumieniec podczas ich rozmowy nie zniknął, ale mimo wszystko widać, że i tak czuła się skrępowana. Bąknęła jedynie - Przepraszam, że na Ciebie... skoczyłam - patrząc się na podłogę.
-Nie szkodzi. Tak jak mówiłem, gdybym jednak okazał się tym mordercą, byłabyś bohaterką. Nie, co ja mówię... już nią jesteś, bo ryzykowałaś. Jesteś odważniejsza ode mnie.
-He, he - czarnowłosa powiedziała z otwartą buzią. - Dobranoc - ukłoniła się i poszła do pokoju.
Twórcy: Aren, Necro, Rosa, Reon, Faust, Faun



Z samego rana przez posiadłość Fausta przebiegło głośne pukanie. Pokojówki tymczasem przygotowywały śniadanie, gorączkując się przy kuchni, więc mogły tego nie słyszeć, w każdym bądź razie nikt nie otwierał.
-Co to kurwa, nikogo nie ma w tym domu?! - wampir nałożył na głowę poduchę, stukanie słyszał wyraźnie. Po chwili jednak wstał zniecierpliwiony i postanowił powitać wczesnego gościa jakimś "miłym" słowem. Kiedy jednak otworzył, okazało się, że w futrynie stanęła matka Fausta z szerokim uśmiechem.
-O monsieur wampir i do tego w samych spodenkach.. - zwróciła uwagę lekko się czerwieniąc.
-Yyy przepraszam, ale zwlokłem się przed chwilą z łóżka.. - wytłumaczył się nie specjalnie się zasłaniając.
-Przyszła depesza, prosto z Konanu do króla Arena, tego, co jest podobny do dziewczyny... - podała generałowi liścik.
-Tak wiem, który to pan - wziął i rozerwał szybko kopertę, nie zważając, że jest na niej konkretny adresat. Belle się roześmiała widząc beztroskę Necra w czytaniu cudzej korespondencji.
-No ładnie. Muszę iść z tym do Arena... - wamp szybko przyswoił treść.
-Tak też było napisane na kopercie... "do Arena Noktrie" - matka Fausta uniosła brew.
-Już biegnę do niego.. - Necro poszedł czym prędzej do pokoju gościnnego w którym urzędował Aren, ale jego tam nie było.
-Gdzie ten gówniarz się podział? - powiedział sam do siebie, po czym udał się do Fausta.
-Puk puk przeszkadzam? - wlazł mu do pokoju prawie bez pytania.
-W sumie to nie - Francuz czytał książkę i popijał kawkę słuchając melodii wydobywającej się z jego kieszonkowego zegarka. Leżał przy tym w łóżku, a Sheena drzemała tuż obok, wtulona w jego pierś - Coś się stało? - zerknął w końcu na niego.
-Wiesz, gdzie jest nasz wszechmogący król.... bo mamy kłopoty w Konanie. Musimy się zwijać - spojrzał na egzorcystę lekko naburmuszony.
-Kiedy już wstawiłeś się wczoraj wieczorem szampanem, pojechał do Sorena i do tej pory nie wrócił. A co takiego w ogóle dzieje się z Konanie, jeśli można zapytać?
-Yyyy Rosa napisała, że jakiś seryjny morderca zabił Lunę i Dantego...nic wielkiego - wzruszył ramionami.
-Dantego mówisz? Po kiego grzyba zawraca nam tym głowę - ziewnął. - Ale cóż, pewnie Arena to zainteresuje i uprze się, żeby wracać. Spotkajmy się za pięć minut na dole, pojedziemy po niego. A i jeśli spotkasz Fauna to powiedz mu, żeby przygotował gryfy do wylotu.
-Jasne, jasne... - Necro machnął ręką, jakby zrozumiał. Po załatwieniu wszystkich pilnych spraw w ekspresowym tempie znaleźli się pod pałacem króla Francji. - Ty prowadź, ja już raz się tu zgubiłem... - przyznał się egzorcyście.
Francuz ruszył więc naprzód prowadząc krwiopijcę - Tak w ogóle to może zacznij go wołać, on jest jak szczeniaczek, do Ciebie zaraz przybiegnie. - powiedział w pewnej chwili.
-AREEEEEN! Do nogi! - wampir zawołał na cały głos w formie żartu.
Niestety, żadnego odzewu. Jednakże i tak przyniosło to pewien skutek, gdyż po chwili podeszła do nich pokojówka, która z uśmiechem przywitała się z nimi i zaczęła rozmawiać z Faustem. Zaraz po tym ukłoniła się lekko i odeszła.
-Są w pokoju Sorena. Na pierwszym piętrze.
-Chyba się lubią co? Cieszę się, że znalazł takiego przyjaciela.. - powiedział Necro z zadowoleniem. Oboje zeszli na drugie piętro. - Pokój na pierwszym piętrze, bardzo śmieszne! - wamp zauważył, że w korytarzu jest cały rząd drzwi. - Które to? - zapytał zakłopotany.
-Powiem tylko... sacre bleu... - srebrzystooki blondyn podrapał się lekko po policzku. - Zapytam... - podszedł do jakiegoś lokaja i zagadał. Nawet Necro zrozumiał od razu, który to pokój, gdyż mężczyzna wskazał palcem. - Innymi słowy idziemy do samego końca...
Po chwili dotarli. - Pukać, czy od razu włazimy? - zapytał, jakby myślał przez chwilę o czymś głupim. - Żartowałem... - zaśmiał się i szarpnął za klamkę. Rozejrzał się po pomieszczeniu, było przyzwoite i jasne toteż od razu zauważył Sorena i Arena... śpiących w ubraniach... w jednym łóżku. - Yyyy, wychodzę chyba - Necro się obrócił i wpadł na równie zaszokowanego Fausta.
-Kolega się chyba przerzucił... we Francji można przeżyć wiele przygód i doświadczyć czegoś nowego, ale żeby z homofoba zrobiło geja, pierwsze słyszę... budzimy ich, czy czekamy, aż wstaną?
-AREN DO NOGI! - Necro krzyknął głośno sprawdzając jego reakcję.
-Heee? - młody król otworzył zaspane niebieskie oczy i leniwie uniósł głowę - Poootem... - mruknął i zakrył się po czubek głowy.
-Widzę, że dobrze Ci się śpi - zagadnął egzorcysta - Mam tylko jedno pytanie... kto kogo dymał?
-Co? - młodzian odsłonił trochę kołdrę, by spojrzeć na nich.
-Spójrz za siebie. - dopowiedział tylko Faust. Aren posłuchał go i zerknął za siebie. Twarz mężczyzny za nim sprawiła, że wyglądał jak oblany zimnym kubłem wody.
-My ze sobą nic! - zaprzeczył od razu.
Soren ziewnął głęboko i przeciągle. - Co się dzieje? O to już ranek. Musieliśmy stracić rachubę czasu i zasnąć ze zmęczenia... - Mężczyzę w ogóle nie krepowała ta sytuacja, niczym się nie przejmował.
-Ze zmęczenia? - brew Fausta uniosła się lekko. - A to ciekawe. Arenie, twój kolega, który, nie łódź się, nadal jest hetero, ma Ci coś do powiedzenia - wskazał na wampira.
-Ja też jestem hetero! - zasyczał Aren. - Necro, o co chodzi?
Wampir wziął list z Konanu, zrobił z niego samolocik i puścił w kierunku króla.
Młodzian złapał go i przeczytał.
-Daaante?! Jak coś takiego mogło się stać?!
-Nie przejmuj się, przecież nikt go nie lubił - Faust wzruszył ramionami. - Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyście dalej spędzali sobie tu wolno czas.
-Ale to seryjny morderca! - krzyknął władca.
-No i?
-Może powiem Ci to bardziej obrazowo, jeśli to seryjny morderca, może zabić także Ariela i Lilith!
-.....spakuję się, kupię sobie jakieś buty na poprawę humoru i możemy ruszyć - Faust oświadczył twardo.
-No to ja tu zostanę... - Necro chciał pokazać, że ma całą wiadomość w dupie.
-Seryjny morderca kuzynie? Musisz, jak najszybciej się spakować - Soren spojrzał na niego z powagą.
-Nie wiem teraz, czy powinieneś jechać ze mną - Aren popatrzył w orzechowe oczy kuzyna - Jeśli Ty będziesz w niebezpieczeństwie,nie daruję tego sobie.. a i jeszcze coś Necro, Rosa też jest w niebezpieczeństwie...
-Wiem, wiem, ale czy ona mnie obchodzi? - wamp wzruszył ramionami.
-Każdą bezbronna kobietą należy się przejąć - wtrącił Soren.
-Idę się spakować - Aren wstał na nogi - Faust, jedziemy konno?
-Proponuję skorzystać z gryfów a do powozu zapakować rzeczy... Moraven dowiezie je do Konanu.
-Pasuje mi. Necro, jak coś to testament nadal wyznacza Ciebie na mojego następcę - wspomniał młody monarcha.
-Dobra, gdzie są te gryfy? - westchnął kolorowooki.
-Więc ja dojadę konno. Mam nadzieję, że nie będziesz tęsknić kuzynku - zaproponował Soren z szerokim uśmiechem.
-Co? Ja, ja, ja... - Aren zaczął się rumienić.
-Księżniczka znalazła swojego księcia - szepnął spirytysta do wampira.
-Soren na prawdę go chyba lubi. Natomiast Aren się przy nim rumieni.... z tego może być coś wielkiego... - odpowiedział mu szeptem.
-Oby nie skończyło się tym, że Konan będzie miał dwóch królów... - mruknął po czym dodał już na głos - Sorenie, jeśli będzie Ci to odpowiadało, możesz pojechać powozem z Moravenem. Kojarzysz go, prawda? Przedstawiałem Ci go jakiś czas temu.
-Bardzo mi to odpowiada! Prawdziwi z Was przyjaciele - uśmiechnął się do Fausta i Necra z sympatią.
-Czemu on musi być taki zawsze miły i radosny... - wamp szepnął do egzorcysty.
-Nie wiem, irytują mnie wiecznie szczęśliwi ludzie - odparł mu równie cicho - Zaraz zacznie rzygać tęczą i króliczkami.
-Może się założymy, kto pierwszy odkryje jego prawdziwą twarz? - generał czuł, że znowu może z tego pomysłu płynąć coś zabawnego.
-Można spróbować. - skinął głową - Aren zbieramy się. Daj buzi Sorenowi na "do widzenia" i lecimy się pakować. I nie zapomnij wziąć tych sukienek dla Kyrie, co jej nakupowałeś...
-Wiem, wiem... idę... i jakie buzi do cholery?! - zasyczał.
-Widzisz, nie przyznawałeś się, że masz dziewczynę... - Soren poklepał go. - Powodzenia ze wszystkim - pożegnał się z nimi.
-No dobra to lecimy - potwierdził Necro.
-Kyrie to nie jest moja... - zaczął Aren ale Faust zakrył mu dłonią usta.
-Porozmawiacie sobie za parę dni, teraz czeka nas pakowanie.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Soren




Pobudka dla generała Remuno nie była przyjemna. Wokoło plątali się jacyś ludzie, o czymś rozmawiali, gorączkowo gestykulowali, przekrzykiwali się... kompletny chaos.
-Generale! Dobrze, że się pan już obudził - zaczepiła go kobieta w uniformie pielęgniarki - Mamy problem, bo pańska małżonka zniknęła.
-Nie rozumiem? Uciekła? - zapytał zszokowany, za bardzo jeszcze nie wiedział, o co chodzi i co się stało.
-Przypuszczamy, że tak. Był pan nieprzytomny przez długi czas, więc pułkownik Hadson zarządził zablokowania wszystkich wyjść z terenu zamku i przeszukanie okolic. - wyjaśniła.
-Ale jak zwiała?! - wstał, jak oparzony naprzeciw kobiety - Z sali porodowej? Ledwo przytomna!? A moje dziecko?! - zareagował emocjonalnie.
-Sami nie wiemy jak to możliwe - przyznała kobieta. - Przypuszczamy, że ktoś jej pomógł. A jeśli chodzi o pana ojcostwo to gratuluję, mają państwo trojaczki - uśmiechnęła się.
Nagle, jak znikąd pojawiła się Rosa, na ustach miała wściekłość. - Nie wprowadzaj w błąd generała, skoro nie jesteś w pełni poinformowana! - zdzieliła ją po twarzy. - Wszyscy żeśmy widzieli, żeś to ty Reonie wyniosłeś z sali Lunę! Była prawie nieprzytomna, jak mogłeś to zrobić!? Gdybym nie miała na rękach dziecka zdążyłabym Cię jakoś zatrzymać. Jakie to nieodpowiedzialne! Dokąd ją poniosłeś!? - wrzasnęła, mimo że na oddziale zarządzono ciszę.
-Ale ja nigdzie jej nie wynosiłem... byłem nieprzytomny! - wzbronił się.
-Wszyscy, którzy byli przy twojej żonie w czasie porodu to widzieli! A i masz trojaczki gratulację! - westchnęła.
-Przysięgam! To nie ja! - widać, że mówił całkiem szczerze.
-Więc nie rozumiem... Przydzielimy ochronę twoim dzieciom i... zresztą Ariel jest już przy niech.. - czarnowłosa sama zaczęła wątpić w to, co zaszło.
-Ariel, tak? Pamiętasz, jak to on się przemienił w piękność na balu... To na pewno jego sprawka. Idziemy do niego! - włosy generała poczerwieniały.
Po chwili znaleźli się już w sali, gdzie trzymano maleństwa, Ariel też tam był. Reo był po prostu wściekły, tak, że od razu rzucił się na mężczyznę w lokach.... nie zważając na swoje dzieci.
-Zapierdole Cię żywcem gnoju! - wypalił.
-Hej, kurwa! O co Ci chodzi?! - chłopak odskoczył i spojrzał na czarnego wojskowego w nie małym szoku - Dokąd zabrałeś Lunę padalcu! Cóż.. jestem Ci wdzięczny, że chcesz ją uchronić przed plutonem egzekucyjnym, ale może lepiej byś się dzielił ze mną pewnymi informacjami...!
-Nie pieprz! To ty zabrałeś moją żonę i jeszcze łżesz! - Reon wziął zamach i uderzył go z miażdżącą siłą tak, że Ariel prawie wpadł w kołyskę.
-Reo, uspokój się! - Rosa wzięła na ręce dziecko, które właśnie zaczęło płakać.
-Nie, nie uspokoję się! Zabiję go! - generał doskoczył do niego i zaczął go okładać.
-To nie ja! Dwadzieścia minut temu dowiedziałem się, co w ogóle zaszło! - zaczął chronić twarz dłońmi. - Nie jestem w stanie wywołać trwałej iluzji bez pomocy Fausta! To nie byłem ja!
Reon na chwilę się uspokoił i....zapłakał.
-Generale ktoś chce uwikłać Twoja żonę w coś... to musi być ta sama osoba, która się pod nią podszyła... zmienia postać... - podała mu noworodka, aby się uspokoił. Czerwonowłosy patrzał na małego i dalej płakał.
-Jest taki śliczny... jak jego matka. Gdzie jest Luna.. - powiedział cichutko.
-Ja z Arielem ją znajdziemy, ty tu zostań. Przy swoich dzieciach... One Cię potrzebują - Rosa poklepała go po plecach.
-Jak ja sam dam rade z trójką.... - posmutniał.
-Nie jesteś sam.. znajdziemy Lunę, a i masz jeszcze nas. My uwielbiamy dzieci, prawda Ariel? - spojrzała na niego zmartwionym wzrokiem, jakby w geście, żeby przebaczył Remuno przypływ złości.
-Przecież to oczywiste - blondynek podniósł się obolały z ziemi - Zabiję tego, który wrobił Lunę w coś takiego... - zasyczał. - Trzymaj się, Reon. - powiedział jeszcze po czym wybiegł z sali.
Kiedy w zamku trwały poszukiwania zaginionej kobiety, parę dam dworu zdecydowało się zażyć porannej kąpieli. Sytuacja, jaka wynikła wraz ze śmiercią księcia nie obchodziła ich. W zamku nikt nie tolerował Dantego, więc jego zgon mało kogo obchodził. Właściwie, to wszyscy odetchnęli z ulgą. Kobietom było jedynie żal, że Aren może nie znieść tego tak łatwo jak cała reszta. Wszystkie rozgadały się i weszły do łaźni. Tam zdjęły swoje szaty i weszły na teren kąpieliska. Przeszły tylko parę kroków i odkryły coś makabrycznego. Dwie z nich pomdlały na widok tego, co ujrzały. Inne zaczęły krzyczeć. Straż zamkowa zbiegła się...
-Znaleźliśmy! - rozległ się nagłe głos niemalże w całym zamku. Nawet generał Remuno dosłyszał te krzyki - Znaleźliśmy kobietę!
-Luna! - wykrzyknął.
-Biegniemy tam..! - Rosa pokiwała na Ariela. Potomstwo państwa Remuno dostało się pod opiekę pięciu pielęgniarek, a straż została potrojona. Po paru minutach Reon, Rosa i Ariel znaleźli się w łaźni. Generał już z daleka zobaczył ciało we krwi i.... fioletowe długie włosy, on nie musiał patrzeć na twarz...znał ciało swojej ukochanej na pamięć... od razu wiedział, że to ona. Podbiegł tam i przykucnął przy niej, wziął ją na ręce.
-Nie! Nie! Nie! Bogowie tylko nie to! - wrzasnął przeraźliwie z bólu serca. Właścicielka długich ciemnych włosów stałą w progu i nie potrafiła się ruszyć... ten widok doprowadził ją do łez.. szczególnie widok załamanego generała.
Ariel, który wbiegł tuż za Rosą przystanął. Po tym, co zobaczył, opadł na klęczki a jego oczy stały się szkliste. Nie mógł uwierzyć. Miał ochotę strzelić sobie w twarz, by wybudzić się z koszmaru. Ale wiedział, że to nie sen a jawa. Ktoś skrócił życie jego podopiecznej. Zawiódł na całej linii. Był w kompletnym szoku. Niemalże pragnął chwycić za sztylet i pociąć sobie żyły. Nie mógł jednak tego zrobić.. nie wtedy, kiedy osoba, która była winna żyła i umykała przed nimi.
Otis, który dotarł na miejsce niedługo po wszystkich zbliżył się do generała. - Dawno już nie widziałem takiego okrucieństwa - przyznał. - Od razu widzę, że te rany nie są śmiertelne... to była.. długa i bezduszna tortura...
Rosa również tam podeszła... powoli.
-Myślę, że szok i ból zatrzymał serce... - oceniła na pierwszy rzut oka - ..zdarza się.. tym bardziej kiedy kobieta i tak już jest mocno podenerwowana, a ona była zestresowana ciążą, porodem i tym oskarżeniem - przełknęła łzy i uspokoiła się.
-Co ty mi mówisz?! Że zdarza się?! Chyba żartujesz! Zawiodłem ją! To straszne! - Reon był zdruzgotany.
-Myślę, że byłaby możliwość, żeby ją ożywić - wtrącił się lekarz - Ale na pewno nie teraz. Trzeba pozszywać te rany, sińce dam radę zagoić w parę chwil ale cała reszta... trzeba też wprowadzić krew do ciała, bo z taką ilością nie ma szans. Trzeba będzie znaleźć dawcę...
-Ja sobie z tym poradzę. - wtrącił się Ariel - Mogę prowadzić krew do jej ciała, już kiedyś to robiłem. Ale... potrzebny mi flet... bez niego mogę wypaść spod kontroli, bo to wymaga zbyt dużego skupienia...
-Zrobimy co w naszej mocy..! Jest ogromna szansa... mogłabym ją ożywić teraz. Ale lepiej będzie po doprowadzeniu ją do porządku, będzie mniej bolało - ucieszyła się nowo upieczona lekarka.
-Mamy tyle czasu? Nie możesz tego zrobić od razu? - Reon wciąż nie wyobrażał sobie perspektywy, przenoszenia martwego ciała itd.
-Nie. Zaufaj nam.... - oznajmiła i razem z Otisem poszła po niezbędne narzędzia, no i oczywiście nosze.
-Czemu to tak długo trwa... - Reon zaczął się niepokoić. - Wybacz... - podszedł do Ariela i podał mu złamany flet. - Byłem tak cholernie zazdrosny o Ciebie, a teraz przez mój egoizm, moja żona może zniknąć na zawsze... - ukrył twarz w dłoniach.
-Jeśli chodzi o to, cóż... ja też byłem od samego początku o Ciebie zazdrosny, więc jakby nie było trochę się dopełniamy. Widziałem, że była smutna, bo Ty pracowałeś a ona siedziała zupełnie sama, więc postanowiłem dostarczać jej jakiejś rozrywki... no i tak się przeciągało. - przyznał - Ten flet jest już bezużyteczny, ale na pewno znajdzie się wiele w pokoju muzycznym.. pójdę...
-Nie, ja pójdę! - wyrwało się jakiemuś strażnikowi. Nim ktokolwiek zdołał coś powiedzieć, mężczyzny już nie było.
-Kiedy odzyskamy już Lunę... - powiedział tym razem "my" - Gdy ja będę musiał pracować. Wtedy będziesz bardzo potrzebny... nam - powiedział.
-Kiedy odzyskamy już Lunę - podłożył dłoń na jego ramieniu - Zajebiemy skurwysyna, który jej to zrobił. A potem będziemy myśleć, co dalej.
-Ariel! - Reon rzucił mu się dosłownie w ramiona, jak ukochanemu przyjacielowi. tymczasem Rosa i Otis zdążyli już wrócić.
-Przestań, bo zaczynam się podniecać! - mocno zarumieniony odrzucił go. Głównie zrobił to jednak dlatego, że strażnik przybiegł z fletem. - A teraz z drogi - ukląkł przy zwłokach dziewczyny i zaczął grać. Wyglądało to niemal identycznie jak w dniu, kiedy to Necro przebił księżycową kapłankę kataną. Lekarze musieli być gotowi, by w odpowiedniej chwili zatamować wszystkie rany.
Czwórka medyków wraz z Rosą objęła jakiś rewir ciała oznajmiając gotowość do działania. Reon odsunął się.
-Chcecie ją tak zaszywać bez znieczulenia? - mąż Luny spytał z przerażeniem.
-Reon ona przecież nie żyje, nic nie czuje... - odpowiedziała mu Rossi krzywiąc się na jego głupotę.
-Ale lepiej poczułbym się psychicznie... - wtrącił.
-Nie przeszkadzaj! - czwórka lekarzy naraz wykrzyknęła.
W końcu wykonano wszystkie czynności. Dziewczyna znalazła się na oddziale szpitalnym, nie daleko miejsca, w którym jeszcze parę godzin wcześniej powiła trójkę dzieci. Jej ciało było w okropnym stanie. Jedynie twarz nie była nacięta a posiniaczona. Otis zaczął wcierać w nią krem, który wcześniej podawał Arenowi, by jego blizny zagoiły się.
-Rosa, myślę, że już możesz działać. - oświadczył w pewnej chwili.
-Jeżeli jesteś wrażliwy. Nie patrz.. bo zrobię to z rozkoszą - uśmiechnęła się i powoli położyła jej swoje usta na jej sine wargi. Wyglądało to, jakby kobieta darzyła miłością drugą kobietę składając jej pocałunek na dobranoc.... nadzwyczaj delikatnie i romantycznie. Trudno było określić ile to trwało... bo wszyscy raczej skupiali się na samym wdzięcznie i urokliwe wyglądającym zjawisku. Ciało Luny nagle podskoczyło, tak jakby ktoś poraził ją piorunem, serce zaczęło nagle i szybko bić, temperatura ciała podwyższyła się. Ciepła krew zaczęła płynąć, jak rwąca rzeka przez wszystkie koniczyny. Luna tylko poczuła, że robi jej się bardzo ciepło i czuła słodki smak w buzi. Blade jej usta zrobiły się różowe, jak płatki świeżo zakwitniętej róży. Oczy otworzyły się powolnie, jakby z długiego snu.
Rosa za to chwilowo opadła z sił siadając na ziemię.
Księżycowa kapłanka wzięła głęboki wdech wypełniając całe płuca. Kiedy rozejrzała się wokoło wszyscy dojrzeli, że te źrenice są inne niż u człowieka. Te, w kształcie migdałów chaotycznie przechodziły z osoby na osobę, by przyjrzeć się im wszystkim.
-Wszystko w porządku, jak się czujesz? - dobiegł ją głos z sali.
-Tętno w porządku... - ktoś w międzyczasie zbadał jej puls.
-Gdzie jest Reon? - zapytała w pewnej chwili.
-Czeka an korytarzu.. - ktoś odpowiedział i poszedł po niego.
Reon od razu złapał ją za dłoń - Kochanie, jak się czujesz? - zapytał przyglądając się jej i po chwili uznał, że coś jest nie tak. - Lun...a, nie?
-Aurora - naprostowała go i chwyciła w jednej chwili za gardło ściskając. Uścisk był silny i zapewne mógłby być jeszcze silniejszy, gdyby nie przechodzący przez jej ciało tępy ból pochodzący od licznych ran. - To Ty nas zabiłeś! Zapłacisz za to!
Ludzie będący w sali rozdzielili ich oboje - To nie ja, to ktoś się pode mnie podszył! - znowu musiał się tłumaczyć.
-Jak nie Ty!? - jej oczy zapłonęły złowrogo - Krzyczałeś, że zabiłam tego gówniarza i przez to zrujnowałam Twoją reputację! Że teraz Aren na pewno Cię odwoła! Kto inny mógł mówić coś takiego?!
-Nie ja! - stanowczo zaprzeczył - Kocham Lunę! Kocham Cię Luno! Oddaj mi moją Lunę! Ona nigdy nie uwierzyłaby, że to ja, tak jak ja nie uwierzyłem, że to ona zrobiła! - powiedział, co leżało mu na sercu.
-Na wezwanie odpowiedziałam tylko ja - powiedziała złotooka kobieta - Dusza Luny nie wróciła do ciała.
-Jak to!? JAK TO!? - Reo spojrzał na Otisa, potem na Rosę szukając odpowiedzi.
-Muszę odpocząć... - czarnowłosa wstała i wyszła.
-Chwilę! Ty sobie odpoczywasz, a ja? A Luna! Co z nią?! - spanikował kompletnie łapiąc się za głowę.
-Widzę, że bardzo cieszysz się faktem, że tu jestem... - fuknęła kocia kobieta - Mnie również jest bardzo miło widzieć Cię po takim okresie czasu - dodała ironicznie.
-Lubię Cię, ale Lunę bardziej... Cieszę się, że żyjesz... ale chcę odzyskać matkę moich dzieci - dodał cicho.
-Nie mam pojęcia dlaczego jej nie ma. Przypuszczam jedynie, że ma to związek z "osobą", która się nad nami znęcała. - podsunęła Aurora. - Możliwe, że przyciąga "świeże" dusze tak samo, jak ja.
-To ty jesteś Boginią, Luna cały czas pracowała dla Ciebie! Nie możesz nic zrobić!? - Reona szlag trafiał z bezsilności.
-Jestem reinkarnacją, w dodatku osłabioną po długiej diecie niskoduszowej. W tym wypadku jestem bezsilna. Gdzie są tak w ogóle nasze dzieci? - zapytała po chwili.
-Jakie nasze? Moje i Luny chyba... - generał nie pomyslał, że Aurora myśli w ten sposób. Znał jej drapieżną duszę, a przecież dzieci są takie delikatne.
-Pochodzą z tego ciała, więc są też moje. Poza tym pytam z czystej ciekawości.
-W sali noworodkowej....po proszę Rosę i Ariela o pomoc.... nikomu już nie ufam... Po za tym... Musisz wiedzieć, jak sprowadzić Lunę z powrotem! - wyrwał nagle.
-Zabicie osoby, która jest odpowiedzialna za zabranie jej duszy, to proste. I nie krzycz po mnie... - skrzywiła się.
-Wybacz... ale gdybyś była na moim miejscu... - westchnął.
-W tej chwili nic nie poradzę na zaistniałą sytuacją. Jedynie odnalezienie winowajcy może pomóc. Ale nawet w tym przypadku nie jestem w stanie pomóc, bo ta osoba wyglądała jak Ty.
-Odpoczywaj... - nie wiedział, co powiedzieć - A my go złapiemy.. - Reo uśmiechnął się z nadzieją. Po czym wyszedł na korytarz, wiedział, że tam zastanie Ariela wraz srebnoustą.
O dziwo jednak Ariel nie przebywał z Rosą. Znajdował się na sali noworodkowej, ale umknął z niej zawołany przez resztę.
-I co, jakieś pomysły? - zapytał się. - Czego w ogóle się dowiedziałeś?
-Luna wciąż nie jest z nami...jej dusza jest przy mordercy...tylko tyle - powiedział w skrócie.
-To cholernie ciężka sprawa, nawet nie wiadomo komu zaufać.. - Rosa patrzała się w podłogę.
-Przeszukanie zamku zapewne też nic nie da - dodał Ariel - List to Arena jest już wysłany?
-Zrobiłam to niemal natychmiast...Niemniej dojdzie za kilka dni... - odpowiedziała mu.
-Potrzebuję Waszej pomocy, przy opiece nad dziećmi... teraz gdy nie ma Necro i Dantego, to ja odpowiadam głową za państwo - zasmucił się zmyślą o nawale obowiązków, a jeszcze te zmartwienia.
-Z dziećmi Ci pomogę, część papierkowej roboty również... trzeba będzie mieć oczy szeroko otwarte, bo faktycznie jeśli ktoś zmienia postać, może się tu przedostać nawet z zewnątrz przez nikogo nieposzerzony. - podsunął brat Fausta.
-Nie wiadomo, czy chodzi tylko o rodzinę Reona. Ktoś znowu może zostać zaatakowany. Może umówilibyśmy się a konkretny znak... - podsunęła Rosa patrząc na nich przenikliwym wzrokiem.
-Jaki znak? - zaciekawił się blondyn.
-Np. powiem to ja Reon! - zironizował generał.
-Coś w tym stylu, tylko bardziej inteligentnego... - Rosa uśmiechnęła się w kojący sposób.
-Powinieneś postarać się uspokoić - wtrącił Ariel - Ja na przykład jestem dobrej myśli i to mi pomaga. - wyznał. - Przypuszczam, że wystarczy nam jakieś słowo, które da nam znać, że to my...
-Jeżeli będę to ja to w pierwszym zdaniu usłyszycie, cokolwiek mi powiedziecie "że nie mam na to ochoty"-mrugnęła im określając swój tajemniczy znak.
-A jeżeli ja... - Ariel się zamyślił - może po prostu zapukam w jakąś ścianę ze cztery razy, albo.. będę poprawiać krawat...
-A ja powiem, że mi smutno...bo mi jest smutno! - powiedział Reon.
-Wiesz, co Reo, nie mam ochoty tego słuchać, dobrze? - Rosa zademonstrowała, jak to ma wyglądać.
-A ja sądzę, że powinieneś zmienić nastawienie, masz trójkę dzieci szczęściarzu - popukał go w ramię, dokładnie cztery razy.
-Hehe...dobrze, ze jesteście przy mnie... - stwierdził przytulił ich mocno razem.
-Czekaj Reo, udusisz nas! - Rosa zareagowała na uścisk.
-Daj spokój Rosa... - odparł Ariel - Krzystaj... - wyszczerzył się. - Ale myślę, że czas już iść do dzieciaków.
-Racja, racja - mężczyzna ich puścił. - Nawet nie wiem, co z ich imionami... - trochę się wzruszył i zwiesił głowę. Cała ta sytuacja osłabiła go psychicznie.
-Nie wymyślaliście żadnych...? - zapytał Ariel trochę nie dowierzając.
-Były jakieś....ale...nie wiem, czy Luna się nie rozmyśliła... - odpowiedział mu.
-W każdym razie masz aż trójkę na pierwszy ogień. Z jednym bywa bardzo ciężko a trójka...
-Nawet nie znam płci! - przypomniał nagle sobie.
-Dwóch chłopców i dziewczynka... - oznajmiła kobieta w długich po uda czarnych włosach.
-Nazwijcie dziewczynkę Melody! - wtrącił się Ariel - Słodkie imię i takie muzyczne... w sam raz dla delikatnej księżniczki...
-Chodźmy zobaczyć, co do nich pasuje.. - zaproponowała błękitnooka.
-Jasne - Reo się z nią zgodził i wszyscy poszli do maleństw. Wyproszono pielęgniarki.
Rosa głaskała twarz jednego z bobasów. - Zawsze chciałam mieć chłopca... - popatrzyłą na niego z miłością mimo iż nie było to jej dziecko.
Francuski młodzieniec przyglądał się natomiast śpiącej dziewczynce - Jej na pewno pasuje Melody... jest jak śpiąca królewna... aaa... chciałbym mieć córeczkę - rozmarzył się.
-Melody, pasuje do niej idealnie - Reon się uśmiechnął i pogłąskał niemowlę po główce.
-Hihi, dzięki wujkowi Arielowi masz śliczne imię, Królewno - uśmiechnął się do małej i zaczął głaskać ją po policzku.
-Co do męskich... Luna chciała Logan, a ja Zarin...więc... - powiedział Reon
-Więc problem z głowy. Tylko, który który? - uśmiechnęłą się Rosa.
-Może ten z purpurowymi włosami to będzie Logan? - podsunął Ariel.
-Nie mam nic przeciwko, żeby ten miał na imię Zarin - podsunęła jasnowłosemu paluszek, a on go mocno ścisnął.
-Hej chwilka, rozporzadzacie się tak... a to moje dzieci! - Reo się oburzył.
-Cicho, bo się rozpłacze - pani lekarka pogroziła palcem i wzięła na ręce malucha.
-Właśnie, zajmij się Loganem - podsunął Ariel dalej głaszcząc dziewczynkę, która smacznie drzemała - Śpioszek z ciebie, Kwiatuszku...
-Dlaczego wy tacy jesteście? - Reo tym razem oburzył się cicho.
-"Nie mam ochoty" na Twoje humory. Musisz się jakoś podzielić.. - Rosa pokazała mu język i przytuliła do siebie Zarina.
-Będę się Tobą zajmował, grał Ci kołysanki, opowiadał bajki, pokazywał śliczne wróżki i skrzaty, będziesz zachwycona... - opowiadał Ariel. - Będziesz moją małą królewną...
-A ja mam małego księcia! - oznajmiła Rosa.
-A ja problem.. - wtrącił Reon
-Jak mozesz nie zachwycać się własnym potomstwem? - obudzył sie Francuzik.
-Problem...z WAMI! - wrzasnął i wtedy wszystkie dzieci zareagowały gwałtownie płaczem.
-Kyyya! - jęknął Ariel - Jak mogłes przeszkodzić mojej Słodkiej w śnie? Zmiataj stąd, tylko im szkodzisz! Szukaj mordercy, jesteś generałem! - wymownie pokazał mu drzwi po czym usiadł obok kołysek i wziął na ręce Logana a następnie Melody. - Ciiii.... tatuś jest po prostu zdenerwowany...
-Mamusia za to się Wami zaopiekuje - Rosa się usmiechnęła i zaczeła pokazywać im różne minki, aby się uspokoiły.
-Ehh... - Ariel westchnął ciężko - Rosa, zaopiekuj się nimi, w sumie to i tak trzeba rozejrzeć się po zamku, siedząc tu nic nie wskóramy.
-Okej! - kobieta była wniebowzięta, że może zostac z maluchami.
-Tylko nie wpuszczaj tu nikogo podejrzanego, Reona przede wszystkim bo znów je pobudzi - dodał z przekonaniem po czym nim czarny generał odpowiedział coś na tą zaczepkę, pociagnął go w stronę wyjścia.
Twórcy: Reon, Rosa, Luna (jako Aurora), Ariel, Otis



Występ skończył się dopiero nad ranem. Choć Aren nie spał już wiele godzin, nie czuł zmęczenia. Był całkowicie ożywiony, jakby dopiero co wstał.
Korzystając z wolnej chwili wyszedł na balkon, by popodziwiać ogrody Wersalu oraz zaczerpnąć świeżego powietrza. To miejsce bardzo różniło się od tego, w jakim się wychował. Okolica wyglądała jakby stworzona przez bajkopisarza, który niechcący swoją baśń przeniósł do rzeczywistości lub malarza, którego poproszono o namalowanie najpiękniejszego ogrodu, jaki tylko mógł sobie wyobrazić. Regularne, geometryczne kształty prezentowały się cudownie. Kwiaty były bardzo starannie dobierane, różne kolory natomiast odseparowane od siebie, by nie tworzyć chaosu, który był wysoce niewskazany tam, gdzie wszystko miało być idealne. Drzewa sadzone były równo. Zdawało się, że niemalże z precyzją co do milimetra.
-Podoba Ci się? - nieznajomy głos sprawił, że Aren podskoczył jak oparzony i odwrócił się blady w stronę niezapowiedzianego towarzysza. Wyglądał niemal jak chłopiec przyłapany przez rodziców na oglądaniu nieocenzurowanych pisemek czy rysunków.
Król Francji uśmiechał się bardzo serdecznie i przyjaźnie. Arenowi wydawało się to niemal dziwne, by Gal, który powinien być arogancki i bezczelny, uśmiechał się w ten sposób.
-Bardzo - przyznał w końcu uświadamiając sobie, że brak odzewu z jego strony mógł uchodzić za niegrzeczny. - W porównaniu z tym miejscem moje ogrody wyglądają jak zarośnięta dżungla mimo, że zawsze podziwiałem swoich ogrodników za bardzo sumienną pracę.
-To normalne, że ekscytuje Cię coś, czego nie znasz - odpowiedział mu Jean. - Mnie podobają się te wasze ogródki a'la busz.
-Nie wiem teraz czy podziękować za komplement czy strzelić focha za obrazę.. - przyznał kłopotliwie szatyn.
-Przypuszczam, że podziękować za komplement - wtrącił Francuz.
-Nie wiem jaki urok dostrzegasz w naszych ogrodach, kiedy te są takie...
-Nienaturalne - dokończył arystokrata galijski. - Są piękne, ale brakuje im naturalności. Tutaj każdy listek, płatek czy źdźbło trawy, które nie spełnia standardów lub wykracza poza pewną niewidzialną linię elegancji jest eliminowane. Można by powiedzieć, że we Francji nawet fauna jest ofiarą mody. - wzruszył ramionami - Dlatego podoba mi się dzikość waszych ogrodów.
-No ale chwasty usuwamy - podsunął Aren a Jean zaśmiał się.
-Ale nie usuwacie róży, która za bardzo wychyli się poza krzak lub nie ucinacie gałęzi, które za bardzo się rozrosły. Tutaj natomiast coś takiego by nie przeszło.
-Jeśli to moda, to przeminie. - stwierdził władca Konanu.
-Ta moda trwa już ponad sześćdziesiąt lat. Sądzę, że nie zniknie szybko.
-To zarządź zmianę mody - Konanczyk wzruszył ramionami.
-Nie mam wpływu na aktualne trendy. Francuzi kochają odmienność. Podam Ci przykład na tych ogrodach. Jak długo wszędzie na świecie królować będzie naturalność i harmonia, tutaj, gdyby była możliwość kwiaty musiałyby przejść musztrę by wiedzieć, jak stać idealnie na baczność. Wam wydaje się to cudowne, bo jest inne. Mnie podniecały te ogródki, jak byłem mały. Widząc coś na co dzień, nawet najpiękniejszego, traci to swój urok. Podoba Ci się Paryż? - zapytał nagle.
-Jest.. bajeczny. Nie wiem jak inaczej go określić, bo po prostu brakuje słów - monarcha Konanu odpowiedział emocjonalnie. - W porównaniu z Paryżem, Prius to wiocha zabita dechami. - dodał z żalem.
-Nawet nie wiesz jak mało Francuzów podziela Twoje zdanie.
-Cóż... Faust podziela. - podsunął Aren.
-Faust jest specyficzny. Wpojono mu miłość do ojczyzny. Ale mnóstwo Galów i Galijek, mowa tu o młodym pokoleniu, mają w głębokim poważaniu Paryż. Są pewni, że to, co ich otacza nie jest piękne tylko po prostu.. normalne. Odczuwają dumę dopiero wtedy, kiedy jakiś turysta zachwyca się tym miejscem. A Faust bardzo, bardzo dużo podróżował. I można by powiedzieć docenia miejsce, w którym się urodził bo widział różnego rodzaju zadupia.
-Ciekawe, czy mój zamek uważa za zadupie – Aren zamyślił się.
-Skoro się tam zadomowił, nie sądzę – odrzekł Jean.
-Jest trochę straszny, ale mówiąc szczerze naprawdę go lubię. Ciekawe ile na u nas jeszcze zostanie. Wspominał parę razy o wyjeździe... w każdym razie będzie szkoda, dałbym mu nawet mieszkać u nas na stałe.
-Miło mi to słyszeć – dobiegło do nich z dołu.
-Hę?! Faaauust! - Aren zrobił się cały czerwony. - Teraz mam problem... który jest który – obaj królowie zauważyli, że spomiędzy drzew wychodzą obaj identyczni panowie. - Kim cudem to usłyszałeś?
-Faun na świetny słuch – padła odpowiedź.
-Do usług – demon pochylił lekko głowę.
-Co Wy tu robicie o tej porze? - zapytał monarcha Galijski z ciekawością.
-Spacerujemy – odparli obaj.
-Kiedy gadają jednocześnie, to trochę przerażające – szepnął właściciel warkocza do towarzysza obok.
-To jeszcze nic – mruknął Jean – Oni potrafią nawet mrugać w tym samym czasie lub gestykulować w identyczny sposób. To dopiero potrafi zmrozić.
-Arenie, zbieramy się już do domu? - zapytał egzorcysta.
-Powóz już gotowy – dodał duplikat.
-Eee... w sumie to nie mam jeszcze ochoty... - młody król Konanu i Avataru podrapał się po głowie.
-Może chcesz pospacerował po moich ogrodach? – podsunął Jean. - Skoro tak bardzo Ci się podobają, szkoda by stracić okazję, nieprawdaż?
-Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia. - Aren uśmiechnął się ochoczo.
Po chwilę przed jego oczami rozpostarły się rajskie ogrody.
Bujne zielone żywopłoty stanowiły, jakby ogrodzenie... któremu smaku dodawały białe marmurowe rzeźby. Tylko drzewa puste dały znać po sobie, że tak niedawno, kraje otaczała sroga zima... i wszystko, dopiero co ulega przebudzeniu. Marzec o tej porze dnia był jeszcze w miarę chłodny... ale tu, we Francji nie było już śladu śniegu. Królowie zaczęli spacerować, Jean z wielką chęcią opowiadał Arenowi o budowniczych ogrodu i pokazywał, gdzie i na co należy zwrócić uwagę. W pewnej chwili właściciel długiego warkocza ujrzał na jednej z ozdobnych ławek kogoś znajomego czytającego nieznaną książkę. Charakterystyczny czerwony szal dawał znać już z daleka, że musi być to kuzyn Soren.
-Nie miałbyś nic przeciwko, Jean, gdybym na chwilkę... - władca Konanu wskazał ukradkiem na krewniaka.
-Oczywiście, że nie. Nie widzieliście się tyle czasu, idź porozmawiać. Ja lubię spędzać czas w ogrodzie,zaraz do was dojdę - ruszył dalej a Aren uwolniony od towarzysza ruszył w kierunku Sorena.
-Trochę niefortunne to wydarzenie z kabaretem, nieprawdaż...? - zagadał.
-Yyyy, tak, trochę tak.. - mężczyzna o orzechowym kolorze włosów poczerwieniał i zasłonił swój wstyd książką, o tytule "Amour Amour", w każdym bądź razie coś o miłości.
-Harlequina czytasz? - zaciekawił się pochylając głowę, by obejrzeć okładkę.
-Nie, nie...Widzisz? - pokazał mu zawartość. Kartki opisywały jakieś wzory rodem z fizyki, czy matematyki. - Okładka, to taki chwyt na dziewczyny... - uśmiechnął się szczerze.
-Chcesz jej za pomocą wzoru matematycznego powiedzieć, że chcesz ją wyrwać? Widząc to, jak radzisz sobie z kobietami to ee... spytam nieskromnie, miałeś już jakieś doświadczenie z dziewczynami...?
-Co masz na myśli?! - Sorenowi kartki same wyleciały z dłoni i zaczął je szybko zbierać. - Kobieta jest, jak matematyka. Trzeba tylko wzór na nią znaleźć.. - próbował wybrnąć.
-A jaki masz wzór ogólny na zdejmowanie z niej majtek?
-Ja eee, jaa. - przełknął ślinę. - Nie można tak po prostu... - Soren sam się zamotał. Dodatkowo nie patrzył kuzynowi w oczy, widać że się pogubił na amen, lub został na czymś przyłapany.
-Spróbuje zapytać inaczej... czy kiedykolwiek robiłeś "Amour Amour" z jakąś dziewczyną?
-Pytasz się o seks? - Soren pociągnął nosem. - To moja prywatna sprawa? - odwrócił od niego twarz. - Po za tym, kobietę to się mieć powinno jedną i na zawsze... - powiedział to w taki sposób, że Aren sam mógł się domyśleć odpowiedzi.
-Jaaasne... mój kuzyn trafił do miasta, gdzie kobieta prędzej pokazuje cycki niż wyjawia swoje imię i nic... a w ogóle masz jakąś partnerkę...?
-Nie bardzo... nie mam szczęścia - westchnął z bólem, ale na końcu i tak się uśmiechnął.
-Eee wiesz tak w ogóle to może spróbowałbyś szczęścia w Konanie...?
-A tam też kobiety..... pokazują cycki? - zadał głupie pytanie.
-Eee... aż tak fajnie to nie ma... w każdym razie nie wszystkim, mnie pokazują bo chcą tron...
-A ty Arenie, jesteś żonaty? - Soren spojrzał w jego niebieskie oczy.
-Ja? Nie... jeszcze wolny jak ptak i cieszę się kawalerskim życiem... ale kto wie, może za jakiś czas... - zamyślił się przywołując do głowy obraz Kyrie.
-Hmm, a twój ideał kobiety? Jak chciałbyś, żeby wyglądała? - uśmiechnął się serdecznie, jakby chciał, żeby jego kuzyn powierzył mu jakaś tajemnicę.
-Mówiąc szczerze to nie mam "ustalonego" wyglądu. Na pewno ma być ładna, ale ponad wszystko chciałbym, żeby kochała mnie za to, jaki jestem a nie za to, że jestem królem.
-Rozumiem, ale skoro w Konanie są tylko kobiety, które chcą Twojego tronu, to znaczy, że nie ma tam zbyt inteligentnych istot..... tym bardziej dla mnie - poklepał go po plecach ze zrozumieniem. Soren robiąc niektóre gesty wywoływał mimowolnie w ludziach sympatię, tak było i tym razem. On razem z Arenem długo się nie widzieli, a mimo tego, w swoim towarzystwie czuli się tak, jakby byli starymi przyjaciółmi, jak bracia. Aż królowi wpadła do głowy chwilowa myśl, że Dante chyba wypadł jakieś sroce spod ogona, bo bardziej pasuje do Nathaniela, a on sam charakterem do Sorena.
-Uwierz mi, parę się znajdzie. Poza tym ja nie mówię o tym, że wszystkie... chodzi mi o księżniczki, które są po prostu próżne... ale mnóstwo jest kobiet, które są naprawdę inteligentne... mógłbyś jakąś poznać... może osiadłbyś w moim zamku na stałe...
-Chętnie pojadę z Tobą do Konanu, nie dla kobiety, ale dla Ciebie kuzynie. Nadrobimy ten stracony czas i... powspominamy - wstał uśmiechając się do niego swoimi miodowymi oczami. - Zgoda..? - podał mu dłoń.
-Jasne... tylko jakby nie było nie widzieliśmy się już hmm... piętnaście lat jak dobrze kojarzę... nie wszystko pamiętam z tamtego okresu.
-Tak na prawdę...chciałbym po prostu, abyś mi opowiedział, co działo się w Konanie.. i kim są Ci ludzie, z którymi tu przybyłeś? - wyjaśnił mu swoją wypowiedź.
-Fausta widziałem znasz... to u niego się tutaj zatrzymałem, zamieszkał u mnie można by powiedzieć. Ten blondas z kolorowymi ślepiami to mój przyjaciel a jednocześnie generał. Jest też wampirem, więc jakby co, uważaj na szyję - uśmiechnął się wesoło.
-Wampiry, nieźle... ale słyszałem, że te istoty nie lubią się podporządkowywać.. Więc to na prawdę musi być Twój przyjaciel.
-Mój przyjaciel, ale powiedzmy, że raczej się nie podporządkowuje za bardzo... - podrapał się po policzku - Raczej wtedy, kiedy mu tak wygodnie. Ale w chwili kiedy istnieje zagrożenie, jest niezbędny.
-Więc dobrze, że masz takich ludzi... Zresztą masz po swojej stronie całe wojsko - Soren wyglądał na na prawdę ciekawego tego, co mówi Aren.
-Tylko trochę brakuje mi przyjaciół, więc tym bardziej jest mi miło, że chcesz się ze mną wybrać.
-Nie wystarczy Ci, jeden a dobry. Po za tym nie wierze, że prócz tego wampira nie masz nikogo w zamku - roześmiał się widząc minę Arena.
-Jestem typem osoby, która bardzo lubi wiedzieć, że ma w kimś oparcie w każdej chwili. Necro czasem uważa, że jest niemalże niańką dla mnie, dlatego daję mu czasem spokój, żeby go nie drażnić... i wtedy nie mam co robić... chyba, że pracuję, co ostatnio robię non stop... tutaj przyjechałem na krótki odpoczynek od obowiązków.
-Nie martw się. Chętnie Ci pomogę... podróże trochę mnie nauczyły więc szybko sobie daje radę w każdej sprawie - zaoferował się od razu.
-Byłoby świetnie.. tym bardziej, że chciałbym skupić się na jakiś większych projektach... rozbudować Prius, wybudować dwie szkoły wojskowe... dużo tego do wymieniania.
-Wojskowe? Planujesz podboje? - Soren się skrzywił.
-Ależ skąd. O ile to możliwe w ogóle nie chcę prowadzić wojen. Ale silne wojsko jest potrzebne. Poza tym jest wielu chętnych. Część zamku oddałem do usług generałów, żeby kadeci mieli gdzie ćwiczyć, ale to nie wystarcza. Tym bardziej, że teraz, o zgrozo, jestem odpowiedzialny też za Avatar.
-Coś mi się obiło o uszy... Powinieneś zwać się wielkim cesarzem.. - wyszczerzył zęby i skomplementował go.
-Hehehhe... nie będę się tak szczycił tytułami... król mi wystarczy. Cieszę się, że udało mi się przejąć Avatar bez rozlewu kropli krwi... - uśmiechnął się.
-To dobrze kuzynku! Jesteś władcą pokoju... - pochwalił go i poczochrał jego głowę, jak starszy brat. Byli w końcu do siebie podobni, a Soren był starszy. Arenowi się przypomniało, że Necro czasami też tak robi.
-Zamierzamy... zostać tu jeszcze parę dni i potem wyruszać. Zdążysz zorganizować sobie zwolnienie i spakować się?
-Ja jestem wolnym strzelcem, podróżnikiem i nie mam stałej pracy.. - zaśmiał się głośno.
-To znaczy słyszałem, że Jean Cię wynajął... myślałem, że na stałe - w zakłopotaniu chwycił swój warkoczyk i zaczął nim kręcić patrząc w ziemię.
-Jednorazowe zlecenie... na rysunki - Soren zgrabnie chwycił za podbródek Arena, jak troskliwy starszy brat. - Hej popatrz na mnie, jak do Ciebie mówię.. - powiedział spokojnie i z uśmiechem.
Król Konanu przełknął głośno ślinkę i zarumienił się bardzo, bardzo mocno. - Dobzie.... - wybąknął.
-Ooo... jakie to słodkie.. - dobiegło z krzaków.
-Ciiii.... może będzie ostrzej... - niemalże identyczny napomniał tego drugiego.
-O, Twoi znajomi wrócili - zauważył Soren, dla niego sytuacja była normalna, nie poczuł żadnego zakłopotania.
-To tylko Faust i jego klon - syknął Aren patrząc w stronę krzaków.
-Skąd poznałeś? - zza pobliskiego drzewa wyłonił się egzorcysta.
-Może i dobrze mówisz po naszemu, ale akcentu się nie wyzbędziesz.
-Cóż, cóż... zbieramy się, czy jeszcze będziesz "spacerować"?
-No to na razie kuzynku.. - westchnął ciężko Soren. Widać, że jeszcze chwilę chciał z nim pobyć.
-Jeszcze nie jestem śpiący. Wiesz co... może Wy już się zbierajcie. - bardzo dobrze wiedział, że Faun również kryje się nieopodal.
-Hę? A Ty? - zapytali obaj Francuzi.
-Myślę, że Jego wysokość użyczy mi jednego pokoju na noc - uśmiechnął się. - O ile nie będę przeszkadzać - głównie zerknął na Sorena.
-Ha! A co myśleliście, że możecie mieć go tylko dla siebie! - chłopak stojący obok Arena pokazał im paluszkiem, jak zwycięzca. Po czym założył ręce na biodra i wypiął dumnie pierś. - Jak Ci król Francuzów nie znajdzie pokoju, to możemy spać w moim! - książę był chętny użyczyć swojego łóżka.
-Eee... razem? W jednym? - Aren pobladł - Kocham Cię jak brata, ale ee... chyba nie byłbym w stanie.
-No coś Ty - wtrącił się Faust - Ja z Arielem spałem w jednym łóżku. - uśmiechnął się - Co prawda jak miałem jakieś 6 lat, ale to inna historia. Idziemy, Faun.
-Bardzo chętnie.
-Nie będziemy wam przeszkadzać - dokończyli i pomachali oboje w tej samej chwili.
-Nie no co ty, nie w jednym! Będę spał na podłodze, nieraz mi się zdarzało spać pod gołym niebem, na byle czym - zaśmiał się, chowając wyraz twarzy za ramieniem i dziwnie się zaczerwienił.
-E...e... nie trzeba... na pewno znajdzie się miejsce... - speszył się. - Król powinien gdzieś tutaj chodzić - rozejrzał się gorączkowo.
-Em wyglądasz na jakiegoś zestresowanego.. - Soren rozsiadł się okrakiem na ławkę.
-Hehehe... wydaje Ci się... - Aren próbował powstrzymać drżenie rąk.
Soren natychmiast to zauważył. - Zimno Ci kuzynku, zaraz zaradzę.. - mężczyzna o przyjaznym wyglądzie ściągnął swój ulubiony czerwony szal i obwinął dookoła szyi Arena. - Teraz dobrze! - powiedział zadowolony z tego co uczynił.
-Nie jest mi zimno... ale dziękuję za troskę - uśmiechnął się w zakłopotaniu chwytając w dłoni materiał szalu i zaciągnął się zapachem.
Woń szalika, miał na sobie zapach, jakiegoś perfumu, którego najprawdopodobniej używał Soren. Kojarzył się trochę z zapachem lata i ..jednym słowem przyjemny. - Dobrze Ci w nim, pewnie lepiej niż mi - uśmiechnął się kuzynek.
-Bardzo... artystyczny. Ale i tak sądzę, że lepiej pasuje do Twojej osobowości - uśmiechnął się przyjaźnie wyglądając niemal jak mały chłopiec.
-Nie wygłupiaj się, ty przynajmniej do czegoś doszedłeś. A ja jestem.. hmmm... wygnańcem? - skrzywił się w zakłopotaniu na samą myśl.
-To przez Nathaniela... ja w życiu i nigdy bym Cię nie wygnał. To mój kraj i nawet jeśli Nathaniel jest księciem, nie ma nic do gadania, bo polega pod moją wolę. Wtedy nie mogłem nic poradzić, bo byłem dzieciakiem ale teraz... niech tylko spróbuje coś szczeknąć to mu wygarnę.
-Może dzięki Tobie już się zmienił... hehe. Chodź, napijemy się czegoś gorącego! - Soren chwycił go za jeden koniec szala i zaczął prowadzić.
Twórcy: Aren, Faust, Faun, Soren



Księżycowa kapłanka układała na półce dziecięce zabawki, które jej ukochany zakupił całkiem niedawno. Widząc, że do pomieszczenia wchodzą goście, uśmiechnęła się ciepło. - Jak widzicie, nie siedzę z Arielem, więc nie ma powodów do awantury - wyglądała na rozbawioną, w przeciwieństwie do całej reszty.
Po chwili sama zobaczyła, że coś jest nie tak. Reon był dziwnie bezpośredni.
-Dlaczego zabiłaś Dantego? - zapytał.
-Chwilunia... Reo czekaj... - Rossi stanęła między nimi.
-Dlaczego wszystko się popierdoliło! - generałowi cisnęły się łzy do oczu.
-Ale... ja nie rozumiem? - dziewczyna spojrzała na nich w otumanieniu. Poprawiła swoją czarną koszulę nocną i zbliżyła się do obojga - Ktoś zabił Dantego? To chyba jakiś żart. Mamy dzień opowiadania dowcipów?
Rosa podeszła szybko i chwyciła ją za dłonie.
-To na pewno jakaś pomyłka... - powiedziała.
-Luno, świadkowie napadu na Dantego podejrzewają Ciebie... - Reon nie wiedział, jak ma to jej przekazać.... - ..musimy Ciebie zamknąć.. - dodał smutno i z żalem.
-Co? To jakaś bzdura - wyszarpnęła się i cofnęła - Przez cały czas jestem tutaj, nigdzie nie wychodziłam od dwóch godzin!
-Przykro mi kochanie! - podbiegł do niej i przytulił ją.
-Nie obchodzi mnie to, bo nigdzie się nie wybieram! Jestem całkowicie niewinna. Tamci ludzie muszą się mylić, bo to niemożliwe, żeby widzieli właśnie mnie!
-I na pewno się mylą, ale nic nie możemy zrobić! Takie jest prawo... muszę Cię odizolować póki król nie wróci - odpowiedział Reon.
-Napiszę do niego list, nie martw się o to... wrócą szybciej niż myślimy - Rosa zadeklarowała swoją pomoc.
-Pomyślcie logicznie, jak mogłabym za kimś ganiać i go zabić, kiedy ledwo umiem wstać z fotela z takim dodatkiem - wymownie wskazała na swój brzuch.
-To nie czas na dyskusję... Będziemy musieli się odprowadzić do lochów w towarzystwie tych dwóch panów - zaczął Reon pokazując na strażników. Jednak oni zrozumieli to w zły sposób i szybko podbiegli twardo łapiąc kobietę za ramiona po obu stronach.
-Łapy precz od mojej żony! - generał przywalił jednemu w twarz.
Dziewczyna na to jęknęła głośno. Poczuła bolesny skurcz. Poza tym poczuła także wilgoć. Nie tylko w okolicach intymnych, ale także na nogach. Obejrzała się... - Na wszystkich Bogów... - wydusiła w niedowierzaniu.
-O co chodzi? O co chodzi! - Reon się rozejrzał po podłodze.
-Odsuńcie się! - Rosa podbiegła przeganiając wszystkich. - Czujesz skurcze? - zapytała jej.
-Co to znaczy!? - generał złapał się za głowę.
-Uuuhu... - kapłanka gdyby mogła, zgięłaby się w pół - To boli...! Wody mi odeszły...
-Aaaa wody odeszły... czytałem o tym w książce! - generał zrobił zadowoloną minę. - To znaczy, jak to odeszły?! - wrzasnął nagle.
-Ona rodzi.. - szepnęła Rosa.
-Wezwijcie lekarzy! - krzyknął. Sam wziął na ręce Lunę i czym prędzej pobiegł do rewiru królewskiej lecznicy.'
Dziewczynę ułożono na łóżku, od razu zebrało się wokół niej mnóstwo pielęgniarek i lekarzy.
-Ale ja nie mogę, to jeszcze za wcześnie! - całkowicie spłoszona rozglądała się po sali. Skurcze stawały się coraz częstsze i boleśniejsze.
Po chwili ktoś podał jej znieczulenie.
-To już czas, niech pani prze! - lekarz prowadzący w skrócie wyjaśnił jej rolę. Reo natomiast chwycił ją za dłoń.
-Oddychaj tak, wdech, wydech, wdech, wydech - próbował jakoś jej pomóc w tych trudnych chwilach.
-Gdyby to tak nie bolało, zabiłabym Cię! - chwyciła go jedna ręką za kołnierz - To przez Ciebie teraz tu jestem! Wyjdź!
-Ale ja... o krew.... - nagle padł na podłogę.
-Wynieście stąd tego pana - zarządził lekarz. Pielęgniarki z kolei chwyciły generała w piątkę i wytargali po za salę. Nawet Rosa po chwili się zjawiła.
-Powodzenia.. - szepnęła do Luny. Założyła maseczkę i rękawiczki, aby być bardziej sterylna, dla matki i jej przyszłego maleństwa.
-Niech pani prze teraz, raz, dwa i trzy - głos nakazał kapłance działanie.
Poród trwał ponad godzinę. Jednakże kiedy zaczęło się już na dobre, poszło gładko. Pierwsze dziecko, duży silny chłopiec. Po paru minutach drugie dziecko. Również dorodny chłopak. Na końcu trzecie... drobna, śliczna dziewczynka. Zapowiedź małej Lin sprawdziła się. Księżycowa kapłanka powiła trojaczki. Kiedy poród dobiegł końca, nie trzeba było nawet przyglądać się świeżo upieczonej matce by widzieć jej wycieńczenie.
-Po wszystkim? - mruknęła brzmiąc jakby była całkowicie zaspana.
Rosa pogłaskała ją po głowie.
-Są śliczne... - uśmiechnęła się do niej zza maski i pokazała jej, któregoś z noworodków, którego dostała do ręki. Dzieciątko miało taką śliczną małą buzię... ale mimo wszystko otwierało ją szeroko z płaczem.
-Bogowie... teraz będę słuchała tego płaczącego chórku przez parę długich lat... nic nie czuję... - wyciągnęła dłoń w stronę maleństwa i pogłaskała jego policzek.
-Muszą je zabrać i zbadać. Wpadnę do Ciebie później, a ty musisz się przespać i odpocząć - Rosa zabrała jej delikatnie i powolnie sprzed oczu maleństwo.
-Bardzo chętnie - skinęła lekko głową i przymknęła oczy.
Kiedy niemalże zasypiała, ktoś wszedł do pomieszczenia. Kapłanka nie była nawet ciekawa kto to. Jedyną jej obawą było to, że ktokolwiek to był, chciał ją zabrać do izolatki a ona nie miała siły się bronić. Uniosła więc ledwo powieki i spojrzała, że Reon pochyla się nad nią. W chwilę potem poczuła, że wsuwa pod nią ręce i unosi ją do góry.
-Zabiorę Cię stąd. - obiecał cicho.
Alvaro, wyglądając zupełnie jak Reon niósł na wpół przytomną dziewczynę na rękach. Była tak wycieńczona, że nawet nie myślała o tym, dokąd mąż ją zabiera. Gdziekolwiek by nie był cel podróży, czuła się bezpieczna w silnych ramionach ukochanego. Była pewna, że mężczyzna nie wierzy w jej winę. Nie byłaby zdolna do skrzywdzenia Dantego nawet, jeśli specjalnie za nim nie przepadała. Dante może i miał paskudny charakter, ale stanowił rodzinę Arena i to był wystarczający powód, by stał się dla niej nietykalny. Poza tym krzywdziła tylko czarnowłosa Aurora, ale nie Luna...
W pewnej chwili do uszu kapłanki dobiegł szum wody. Zdezorientowana uniosła powieki i rozejrzała się. Byli w łaźni, która świeciła akurat zupełnymi pustkami. Nic dziwnego, albowiem była jeszcze noc i żadnej damie dworu nie przyszłoby nawet do głowy, by o tej porze korzystać z kąpieli. Luna, cała mokra od potu i krwi była przeświadczona o tym, że troskliwy kochanek chce pomóc jej dojść do ładu. Generał przeszedł przez jeden mostek, by dojść do białej ławeczki, na której usadowił dziewczynę.
-Kochanie, nie wierzysz tym oskarżeniom, prawda? - spojrzała z miłością w jego głębokie zielone oczy.
-A jeśli wierzę? - niespodziewanie założył ręce i zerknął na nią wzrokiem obiecującym wiele... ale na pewno nie miłość i wsparcie.
-Chyba żartujesz... przecież wiesz, że nie mogłabym... - nie dokończyła, gdyż spoliczkował ją tak mocno, że zleciała z ławki i bezradnie opadła na kafle.
-Przez ciebie moja kariera generała legnie w gruzach! - odszedł od niej, ale bynajmniej nie po to, by dać jej spokój. Parę metrów od niej obrócił się na pięcie w jej stronę i rozbiegł się. Kopnął ją w brzuch jak zawodowy piłkarz, aż wypluła dużą ilość krwi. Ból, który odczuła był ogromny.
-To nie byłam ja! Przysięgam! - popatrzyła na niego oczami wypełnionymi przerażeniem.
-Moja żona zabiła księcia! Jestem skończony! - odpiął miecz od swojego pasa. Nie wyciągał go jednak, a chwytając jak kij zaczął ją uderzać skórzaną pochwą z mosiężnymi okuciami. Umysł Alvaro gdzieś odpłynął. Zastąpił go Kaxadit. Brał coraz mocniejsze zamachy, by zadać większe obrażenia.
Dziewczyna rękoma kryła głowę i kuliła się jak zwierze. To jednak nie dawało większych efektów. W pewnej chwili chwycił ją za ramię i szyję i siłą podciągnął w stronę wody. Z pełną agresją chwycił za jej włosy i zatopił głowę w wodzie. Nie chciał jej jednak utopić, a sprawić jeszcze więcej cierpienia. Udało mu się.
Demon szybko znudził się zadawaniem tego typu tortur. Odrzucił ją na kafle i przyjrzał się temu, co miał w zanadrzu. Sztylet, który znalazł zdawał się być idealnym narzędziem do kolejnych poczynań. Tym razem wyciągnął ostrze z pochwy. Był świadomy tego, że dziewczyna na niego patrzy. Zdawało się, że woda zamiast ją otumanić, rozbudziła. Podszedł do niej nonszalanckim krokiem i pokazał sztylet. Nie powiedziała nic, tylko powiodła wzrokiem wzdłuż krańców. Generał podciągnął nieco jej koszulę nocną i odsłonił udo. Sprawdził ostrość swojej zabawki nacinając skórę młodej kobiety. Najpierw płytko, potem głębiej. Chciała krzyczeć, więc zakrył dłonią jej usta przyciskając tak silnie, że nie mogła ruszyć głową. Kaxadit napawał się urywanymi, gwałtownymi odgłosami jej oddechów. Była wobec niego taka bezbronna, a on miał dużo czasu...
Bawiąc się dalej wykonał parę nacięć na brzuchu, potem na ramionach. Krew zaczęła otaczać postać dziewczyny jak poświata, emanująca coraz większą energią. W pewnej chwili znudził się również i tym. Schował sztylet i podniósł się na równe nogi. Przeszło mu przez głowę, że chętnie sprawdziłby podkucie żołnierskich butów. Uniósł nogę do góry opuścił ją z impetem tuż pod jej prawą pierś. Żebra nie były na tyle mocne, by uchronić się przez złamaniem. Kapłanka zawyła z bólu a jej włosy pociemniały. Dla Kaxadita nie wróżyło to nic dobrego. Ktoś, z kim nie chciał mieć do czynienia budził się do życia. To oznaczało, że musiał przyśpieszyć morderczą grę. Począł więc kopać szybko i na oślep. Wcześniejsze zadane przez niego rany sztyletem szarpały się, kiedy dodatkowo przyjmowały na siebie uderzenia. Dziewczyna krzyczała i prosiła go, by przestał, ale demon ani myślał nawet spowolnić. Kiedy ukazała się perspektywa spotkania z reinkarnacją, musiał się śpieszyć. Wiedział, że boginka, nawet tak połamana, będzie stanowić dla niego zagrożenie. Stał się więc jeszcze brutalniejszy....
Kaxadit obmył ciało nosiciela z krwi i obejrzał swoje „dzieło” na odchodnym. Udało mu się pastwić nad nią przez długi czas zanim ostatecznie ją dobił. Nie obchodziło go już, czy lub też kiedy zostanie odnaleziona. Demon zdobył to, co chciał. Niepokoiło go jednak to, że musiał przejąć miejsce Alvaro, gdyż człowiek, którym sterował poczuł w pewnym momencie wątpliwość i żal względem tego, co robi. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym w miejscu, w którym aktualnie przebywał. Przemienił się w jedną z zamkowych pokojówek i popędził w stronę zamczyska a następnie swojego pokoju, gdzie mógłby być już całkiem bezpieczny.
Twórcy: Luna, Reon, Rosa, Alvaro



W związku z tym, że Alvaro miał wolne do godziny 22.00 tak, jak umówił się z demonem, poszedł na randkę z Arielem. Stanowiło to niezwykły i wspaniały wstęp do niewiarygodnie pracowitej nocy, którą musiał przeżyć. Najpierw odprowadził ulubieńca do jego komnaty po czym już wolny i przez nikogo nie dostrzegany ruszył w stronę komnat królewskich w których powinien znajdować się książę. Okazało się jednak, że nie musiał iść tak daleko, gdyż Dante znalazł się w jednym z prywatnych salonów Jego Wysokości. Upewniwszy się, że przez nikogo nie jest widoczny zakradł się do pomieszczenia naprzeciwko. Tam skupił się i w opanowaniu czekał, aż proces przemiany dobiegnie końca.
Przeglądając się w lustrze przyznał przed sobą, że jest zadowolony z rezultatu. Jedynie co mu nie pasowało, to ciążowy brzuch, jednakże... nie mógł się go pozbyć, gdyż musiał bardzo wiarygodnie odegrać swoją rolę. Westchnął więc, nabrał następnie powietrza i powoli ruszył w stronę salonu.
-Dobry Wieczór - zagadała purpurowowłosa młoda kobieta.
-Słyszałem, że mieszkasz tu już od roku i jeszcze nie wiesz, że to pomieszczenie dostępne jest tylko i wyłącznie dla rodziny królewskiej? - Dante nawet na chwilę nie zamierzał być miły. - Spiżdżaj stąd ciężarny klocu albo wyprowadzą Cię stąd siłą. - zasyczał jak kobra.
-Mam do Ciebie jedna sprawę, gówniarzu. - oświadczyła młódka i podeszła do królewicza.
-Jak śmiesz mówić do mnie tym...! - uniósł rękę i zamachnął się w jej stronę, lecz rozpędzona dłoń została szybko zatrzymana przez złotooką.
-Może pogadamy o czymś przyjemniejszym? Głównie przyjemnym dla mnie - oczy kobiety zalśniły jakimś złowrogim światłem w blasku świec. Wtedy też brat Arena uczuł coś w swoim boku. Coś, co bardzo go piekło. Coś, co jak mu się zdawało, nabierało wilgoci. Nim jednak zdołał chociażby opuścić głowę, by spojrzeć co sprawia mu taki ból, kątem oka zauważył, że kobieta chwyta jedną ręką duży wazon, którym zamachuje się na głowę księcia.
Głośny trzask przeszył nocną ciszę. Zarówno pękającego wazonu jak i rozgniatanej czaszki. Dante chciał krzyknąć, lecz kobieta zatkała mu czymś usta. Jak na ciężarną, była niezwykle szybka. Młodzieniec uznał, że najlepszą formą obrony będzie kopnięcie w brzuch. Podwinął więc obie nogi, lecz przy wyprostowaniu ich Luna umknęła mu w ostatniej chwili i sama wyprowadziła nader brutalny kopniak. Jakby tego było mało, miała buty na obcasie. Siła uderzenia była tak wysoka, że połamała parę jego żeber. Królewicz zaczął się dusić, oczy zachodziły mu czerwoną mgiełką. W pewnym momencie chwycił ją jednak kurczowo za kostkę. Niech chciał puścić nawet, gdy zaczęła się szarpać. Chwyciła więc palącą się świecę i przechyliła ją. Rozgrzany wosk zaczął kapać na jego twarz paląc go niemiłosiernie. Kawałek materiału w jego ustach tłumił krzyki. Ból rozchodził się po całym jego ciele. Nagle zobaczył, że dziewczyna odkłada świecę i klęka przy chłopcu. Chwyta go za ramię i przedramię. W jednej chwili wygina... łamie kość. Puścił ją całkowicie spłoszony. Nie spodziewał się, że ta kobieta jest do tego zdolna...
Kolejne tortury, jakie mógł przejść mogły być naprawdę bolesne, gdyby nie codzienny rytuał zdawania raportów, o którym Alvaro nie wiedział. Zwykle o tej porze przychodził doradca państwowy poinformować o najważniejszych wydarzeniach Konanu dzisiejszego dnia. Tak też się stało, wszedł on do pokoju Dantego, z wcześniejszym zapukaniem i to co ujrzał wprawiło go w szok, zresztą samego napastnika też. Doradcy towarzyszył jego młody pomocnik, co sprawiało, że świadkiem zdarzenia było dwóch ludzi.
-Co tu się wyprawia!? Paniczu Dante! - starszy mężczyzna stanął, jak wryty.
-Paniczu Dante! - powtórzył po nim młodszy aspirant.
-Bierzcie tą sukę! - krzyknął mając w domyśle namyśli agresora.
-Sukę? - dziewczyna spojrzała na chłopca i założyła mu potężnego kopniaka miażdżąc mu obcasem nos - Nie obraża się ciężarnej - uniosła dumnie głowę i wyszła z pomieszczenia jak gdyby nigdy nic.
-Za nią! Straż, straż! - jeden zaczął krzyczeć. W tym momencie podszywana Luna na prawdę musiała przyspieszyć ucieczkę. I znikła zaraz za zakrętem. W między czasie zbiegła się straż i posłano szybko po lekarzy i generała. Po 8 minutach wszyscy byli na miejscu. Reon stanął w drzwiach nie dowierzając... jakby nie patrzeć to on był odpowiedzialny za życie księcia.
Rosa i jeszcze dwóch lekarzy sprawdzili sytuację poszkodowanego.
-Jest źle... - czarnowłosa oceniła stan Dantego.
-Paniczu, paniczu słyszysz mnie?! - jeden z doktorów uniósł głowę chłopaka.
-Kto to zrobił!? - Reon wreszcie odważnie zbliżył się do ofiary, choć nienawidził widoku krwi.
-Kto.... KTO?! - mimo tarzania się w kałuży krwi królewicz spojrzał wściekle na generała i wszystkich zebranych wokoło - Twoja żona! Tamci, tamci to widzieli! - skinął jedynie brodą w stronę doradcy i jego pomocnika.
-CO! Niemożliwe! - Reonowi podeszło serce do gardła. - Dlaczego miała to zrobić!? - krzyknął w szoku. Nawet Rosa nie dowierzała w to, co mówił, lecz doradca królewski zaczął się zarzekać i potwierdził tą wersję.
-Reonie, nie wierzę, że to ona zrobiła, ale musi zostać zatrzymana... - Rosa znała całe postępowanie.
-Nie zrobię tego! - Reo od razu i bez namysłu postanowił.
-Nie masz wyboru, prawo dotyczy każdego kto mieszka na tych ziemiach... jestem pewna, że wszystko się wyjaśni wkrótce...Pamiętasz, gdy Necro fałszywie oskarżyli... to musi być to samo... - wytłumaczyła mu na spokojnie, aby i on nie wpadł w kłopoty. Sam mógłby zostać stracony za sprzeciw.
-Rozumiem... Zatrzymamy moją żonę... sam to zrobię! - oświadczył, w oczach miał łzy... wszystkiego mógł się spodziewać, tylko nie tego. - Jak panicz? - zapytał jeszcze, mając nadzieję, że rany nie są tak groźne.
-Wykrwawia się... nie możemy go ocalić... umiera - odpowiedział szczerze jeden z medyków.
-Rosa ty możesz go uratować... - generał spojrzał na przejętą kobietę.
-Mogę.... - odpowiedziała, ale w jej oczach było widać wahanie.
-Na co czekasz...?! - zawołał za nią książę. Rozgoryczony jej opieszałością chwycił w dłoń kawałek roztrzaskanego wazonu. Rzucił w jej stronę. Szczęście w nieszczęściu, ostra krawędź przecięła tylko jej policzek i to płytko. - Rusz się szmato i ratuj mnie! - może i przed chwilą bał się... ale teraz jego oczy przepełnione były jedynie złością i oburzeniem.
Czarnowłosa wstała i ścisnęła pięści.
-Rosa? - Reon spojrzał na jej poważną twarz.
-Inni umierają, są dobrymi ludźmi, ale umierają, bo nie mają kogoś pod ręką takiego, jak ja. To normalna rzecz zginąć... tylko ja się sprzeciwiam losowi. Nie powinnam tego robić... jeżeli jego przeznaczeniem jest umrzeć-przetarła swój lekko krwawiący policzek.
-Co ty mówisz, ja mam zakuć Lunę, a ty..sama się sprzeciwiasz? - generał patrzał na nią z żalem.
-Ciebie zmusza prawo, a ja mam wolną wolę... i nie muszę tego zrobić - odpowiedziała całkowicie opanowana.
-Panienko on umiera..! - jeden z lekarzy chwycił ją za dłoń, aby pomogła.
-Niech umrze.. - odwróciła się plecami od rannego.
-Przestań odpierdalać ten jebany cyrk jak aktorka bo i tak co najwyżej z takim talentem nadawałabyś się na rurę! Zbliż się tu z tą męską klatą i rób co do Ciebie należy! - Dante zaczął wściekle wrzeszczeć - Może nie dopilnowałaś własnego bachora, ale tutaj, skoro jesteś na miejscu, masz obowiązek pomagać rodzinie królewskiej!
Kobieta nic nie powiedziała, poczuła tylko, jak zimny powiew wiatru dotknął jej skóry. W końcu wzięła się w garść i.... wyszła z pomieszczenia.
-Książę wygląda na takiego, który się dobrze trzyma... - Reo zauważył, że jest zbyt rozgadany, jak na umierającego.
-To tylko w związku z szokiem powypadkowym, zaraz przyjdzie kryzys... - odpowiedział jeden z medyków starając się zatamować krwawienie.
-Podaję znieczulenie... - dodał drugi i zrobił zastrzyk.
Dante psioczył przez wiele czasu, ale w końcu tak, jak zapowiedzieli medycy, zaczął się kryzys. Królewicz zmienił nastawienie i zamiast wyzywać, błagał wszystkich o pomoc. Pierwszy raz ukazał twarz bezbronnego człowieka. Ale prośby już nic nie mogły dać. W niecałe dwadzieścia minut po przybyciu lekarzy, stwierdzono, że królewski brat nie żyje.
Twórcy: Dante, Alvaro, Rosa, Reon



Eleganckie uroczystości urodzinowe w sumie trwały oficjalnie do północy. Necro przez ten czas przeżywał kryzys, niegdyś sobie nie wyobrażał, że będzie miał dość kobiet, ale jednak. Ich naprzykrzaniom nie miało końca. Podobna sytuacja miała miejsce u króla Arena, który to co rusz dostawał propozycję wyjścia "na papierosa". Król Francji wzniósł ostateczny toast i pożegnał piękne Francuzki. Tradycja zakładała, że w dalszych rozrywkach będą uczestniczyć tylko Panowie. Zresztą damą nie wypadało zostawać, aż tak długo...tego wymagała grzeczność.
-Drodzy Panowie, moi drodzy goście, przyjaciele, książęta i królowie odległych krain.... zapraszam na piętro wyżej. Czeka Was niespodzianka - władca Galii oświadczył głośno. Po chwili ludzie na sali zaczęli opuszczać pomieszczenie i udawać się na następne piętro.
-A teraz nas wszystkich, pijanych zamkną w ciasnym lochu i wymordują... - szepnął Necro do Arena. Po nieciekawych przeżyciach w głowie siedział mu tylko czarny humor. Gdy wszyscy wspięli się na białe schody i weszli przez ogromne drzwi.... doświadczyli zupełnej odmiany. To już nie były te same eleganckie pomieszczenia, które mijali.... ta sala miała odważne kolory.
Dominowała czerwień, złoto i czerń. Po bokach komnaty znajdowały się krzesła i stoły, jak w ulicznym pubie. Środek zaś zajmowała wyniesiona na nieznaczną wysokość scena, w kształcie półkola, kończyło się ono gdzieś na północnej ścianie, wszystko skrywała powłóczysta karminowa kotara.
Aren, Necro i Faust zajęli razem jakiś stolik dokładnie na przeciwko sceny.
-Witaj kuzynie..to chyba będzie jakieś wielkie przedstawienie co nie?.. - do gości z Konanu niespodziewanie przysiadł się Soren, który wcześniej zniknął na jakieś 3 godziny.
-Na to wygląda - przyznał uśmiechając się do księcia - Faust, może Ty wiesz co tu się szykuje? - zainteresował się.
-Oczywiście, że wiem - Francuz prychnął, jakby uraziło go to pytanie.
-Więc może podzielisz się tą wiedzą?
-Mógłbym, ale to przecież zniszczy całą magię. Powinieneś raczej cieszyć się swoją niewinnością, póki jeszcze czas.
-Może będzie jakiś seks na scenie... - Necro zatarł rączki.
-Jeśli to będzie coś interesującego...narysuję to! - Soren ochoczo wyciągnął arkusz papieru i węgielek.
-Strata czasu, a w ogóle, czemu wcześniej przedstawiłeś się na Michael? - wampir spojrzał ukradkiem na właściciela miodowych oczu.
-Bo Michael brzmi bardziej po francusku, dlatego lepiej się nim posługiwać.. - wytłumaczył się i pokazał ząbki.
-Znowu się cieszy..bez powodu - westchnął demoniczny blondyn. I wtem miało się zacząć, światła pogasły....jedyne padały na kotary.
-No to sobie pomalowałem.. - Soren wziął głęboki oddech ulgi, jakby czuł się usprawiedliwiony, że nie mógł przecież w takich warunkach pracować.
-Bez malowania przynajmniej skupisz się na widowisku - powiedział tajemniczo Fausta.
Nagle wokoło rozległ się śpiew kobiety. Po dwóch słowach dołączył do niej cały żeński chór. Mimo, że Aren i Necro nie byli Francuzami, wiedzieli o czym kobiety śpiewają. I... zaskoczyło ich to a właściwie... byli zszokowani.
-Voulez vous coucher avec moi... - śpiewał cały chór. Aren i Necro niejednokrotnie słyszeli te słowa. Oznaczały dokładnie "Czy chcesz się ze mną przespać". Orkiestra zaczęła grać, bardzo skocznie.
Wtem kotary zostały odsłonięte a przez nie zaczęły wychodzić kobiety z kolorowych marszczonych sukniach. Każda z nich była niezwykle piękna... ucieleśniała fantazje mężczyzn. Idąc bokiem trzymały poły sukni i rytmicznie nimi zarzucały. Kiedy w jednej chwili wszystkie obróciły się bardziej do widowni, mężczyźni zobaczyli, jak mocno wywijały spódnicami. Ukazywały nie tylko nogi... ale cudownie wykonane, bardzo pobudzające wyobraźnię pończochy. Zaczęły unosić spódnice wyżej, by odsłonić kolejny rąbek tajemnicy. Kolorowe majteczki, które bardziej można było określić jako skąpe skrawki koronek. Temperatura przy każdym stole niemalże osiągnęła szczyt. Każdemu mężczyźnie było duszno... a był to dopiero początek występu.
Niewiasty, kręcąc się w rytm muzyki, wszystkie wesołe i uśmiechnięte ustawiły się w jednym długim rzędzie. Muzyka przyśpieszyła. Obaj Konanczycy zaczęli patrzeć na coś, co jeszcze nigdy wcześniej nie było im dane obejrzeć... francuski, niesamowity taniec, który pobudzał męskie zmysły - kankan. Towarzyszące mu figury akrobatyczne, wyrzuty prostych nóg w górę ciała, następnie jeszcze gwiazdy i szpagaty... nie pozostało nic, tylko cieszyć oko bajkowym widokiem.... tylko dla dorosłych.
-Heee.... ee... u... gorąco... - wydusił Aren patrząc na kobiety, które ani trochę nie wydawały się być skrępowane swoim tańcem. Cieszyły się, radośnie popiskiwały jak rozradowane nastolatki.
Necro również był wpatrzony, a wręcz zahipnotyzowany...oderwał tylko wzrok na chwilę, aby zobaczyć reakcję pozostałych i ich "namiociki". Aren można było się po nim spodziewać, wysunął się naprzód, jakby chciał obaczyć panie jeszcze bliżej niż inni. Jego oczka dosłownie świeciły z podniecenia. Potem spojrzał na Sorena...to była jakaś zupełnie odwrotna reakcja. Mężczyzna siedział sztywno, jakby połknął kija...jego policzki były tak czerwone, że nawet w ciemności nie dało się tego ukryć...dodatkowo kuzyn króla Konanu, zakrył sobie twarz dłońmi, od czasu do czasu zerkając przez palce.
-Eee, co ty? Nie patrzysz? - wampir stuknął go w ramię. Soren tak podskoczył, jakby ktoś go przestraszył, aż z hukiem pofrunął razem z krzesłem do tyłu.
-Nie przeszkadzajcie... - prychnął tylko Aren nawet na nich nie patrząc. - Faust... co to... często tak...?
-Kankan i tak, bardzo często.. takie występy są każdego wieczoru w wielu kabaretach.
-Więc to nie jest taniec porno...?
-Nie, u nas mówi się na to "sztuka".
-Uwielbiam waszych artystów. Są genialni! - jego oczka tak połyskiwały, jakby nad tą morską tonią zachodziło lub wschodziło słońce.
W jednej chwili muzyka przestała grać a kobiety przestały tańczyć. Po takim rozgrzaniu tłumu nic dziwnego, że po sali rozniosło się pełne rozgoryczenia i bólu "Oooooo". Panny zeszły ze sceny, ale bynajmniej nie ukryły się za kotarami. Zamiast tego wybiegły na środek parkietu. Nie na darmo stoły rozstawione były po bokach. Tancerki ustawiły się w trzech dużych kołach zwrócone do zewnątrz. W jednej chwili wszystkie chwyciły za poły sukien. Światło, jak za dotknięciem magicznej różdżki zapłonęło oświetlając parkiet. Muzyka zaczęła grać o wiele szybciej niż wcześniej a one znów tańczyły swój widowiskowy taniec ciągle obracając kołami, jakby były ich zębatkami. Tym razem były jedynie niecałe dwa metry od stolików. Wszystko było widoczne bardzo, bardzo dokładnie.... aby spojrzeć na każdy detal, nie trzeba było się nawet wychylać. Wtem... koła zostały przerwane a kobiety rozproszyły się po sali.
-Co teraz się dzieje? - Aren zapytał jak dziecko nie mogące doczekać się dalszych zdań opowiadania czytanego przez bajarza.
-Zapraszają do tańca - odpowiedział z uśmiechem Faust po czym wstał. Jakaś tancerka w mig pociągnęła go na parkiet, by specjalnie dla niego zatańczyć. Kolejne panny również podbiegły do ich stolika. Każdy z siedzących tam mężczyzn był teraz proszony do tańca. Kobiety nie używały jednak słów a swego ciała. Pochylały, trzęsły ramionami ukazując dekolty...
Necro, gdy tylko jakaś panna podleciała do niego pociągnął z niechęcią nosem...przypominało mu się, że wcześniej musiał tańczyć z rodowitymi Francuzkami i nie było tak fajnie, po za tym zabawnie było oglądać wszystko z boku. Następną "ofiarą" damskich podrygów był Soren. Ledwo co się pozbierał, a znów wylądował na podłodze wymachując żałośnie rękami. Panna jednak nie dawała za wygraną, nachyliła się pokazując mu cały dekolt, a potem szybko odwróciła pokazując mu soczysty tyłeczek i klepnęła się w tyłek.
-Soren, czy ty? - Necro zwrócił uwagę, że z jego prawej dziurki od nosa popłynął potok krwi, a on sam na twarzy zrobił się blady. - Hej Aruś, patrz na to! - pociągnął swojego przyjaciela, aby spojrzał na to niecodzienne zjawisko.
-Niech ktoś otworzy okno... nie dobrze mi... muszę stąd wyjść - widać, że kuzyn Arena mówił całkiem serio, poczłapał z ledwością na czworaka, przykleił się ściany, zamknął oczy i po omacku podążał powoli do wyjścia.
Młody król a nawet egzorcysta, który widząc zajście przestał tańczyć i wrócił do stolika byli w szoku.
-Twój kuzyn to ciota - szepnął cicho Faust.
-Nie... na to musi być LOGICZNE wytłumaczenie. - wstał i zbliżył się do księcia - Wszystko w porządku? - zapytał go. - Może szklankę wody?
-Możesz mnie stąd wyprowadzić?...Tu jest strasznie - czerwony jak burak z ledwością łapał oddech.
-Strasznie? Co Ty opowiadasz... piękne kobiety, cudowne nogi... serce mi się kraje kiedy myślę, że w Konanie tego nie ma! Chyba nie jesteś gejem, co?
-Ja...skądże! - pokiwał przecząco głową - A nie uważasz, że trochę za dużo pokazywały? - zadał mu pytanie z cholerną powagą.
-Gdyby pokazywały nagie cycki i zamiast piszczeć, stękały i jęczały, byłbym w niebie - odparł król, równie poważnie co jego kuzyn.
I wtedy Aren zobaczył, że książę Noktrie ma łzy w oczach i istne przerażenie w wyrazie twarzy... - Aaaaa! - bez odpowiedzi wybiegł prędko z sali, gdzie odbywał się pokaz francuskich tancerek w taki sposób, że aż się za nim kurzyło.
-Krwiożercze bestie oglądał a kobiecych cycków nie może oglądać? Dziwny jakiś... - wzruszył ramionami. Najpierw chciał pobiec za Sorenem. W końcu był to jego kuzyn, ale z drugiej strony.. takiego występu mógł już nigdy więcej nie obejrzeć. Uznał więc, że nie zrezygnuje z pokazu. Wyszedł więc na parkiet i podobnie jak wcześniej Faust, został wyciągnięty przez dziewczęta.
W pewnej chwili po sali rozległ się donośny dźwięk trąby. Wszystkie kobiety tańczące dotychczas zaczęły uciekać. Nie był to jednak popłoch. Dalej wyglądały na bardzo szczęśliwe. Goście nie wiedzieli co się dzieje, usiedli na swoich miejscach czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
-Co się dzieje? - Aren zapytał od razu Faustusa.
-Zobaczysz. To dalszy etap kabaretu. Jeśli spodobało Ci się to, co było dotychczas, to dopiero będzie dla Ciebie coś fantastycznego.
-Nie umiem się doczekać - przyznał młody król. Chwycił za dzbanek z lodowatą wodą i nalał do swojej szklanki. Był ledwo żywy.
Necro natomiast demonstracyjnie ziewnął udając, że go to nie rusza.
-Długo jeszcze, bo dziś mało spałem? - zapytał, aby być bardziej wiarygodny.
-No z godzinę to jeszcze potrwa przynajmniej - odpowiedział egzorcysta.
Scena została rozjaśniona kolejnymi świecami. Tym razem pojawiło się na niej około czterdzieści kobiet. Równie piękne co wcześniejsze ale niestety... w pełni ubrane i to w bardzo nieciekawe, monotonne stroje. Nie dość, że długie proste spodnie, to również białe bluzy. Nie były nawet obcisłe.
-Buuu... - fuknął Aren opierając łokieć o blat stołu i podpierając głowę na dłoni.
-Ja bym się tak nie zniechęcał na Twoim miejscu. Zaraz Ci się spodoba - podsunął Francuz.
Orkiestra zaczęła grać kawałek całkowicie różniący się od tego, który wcześniej tańczyły kobiety. Te tancerki zaczęły ruszać się w rytm muzyki, sprawnie, choć dość nudno. Z każdą chwilą król i generał Konanu coraz mniej byli przekonani, czy zapewnienia francuskiego markiza są godne aprobaty. W jednej chwili jednak zobaczyli, jak autentyczne były to słowa. Oboje trzymali kieliszki i oboje omal nie zgnietli ich w rękach. Wszystkie niewiasty w jednej chwili chwyciły swoje spodenki i pociągnęły je do przodu. Materiał łatwo się poddał. Całej publice ukazało się około czterdzieści par bielusieńkich stringów na tle ponętnych młodych ciał. Koszulki poleciały zaraz potem. Wyszywane cekinami skąpe kostiumy ujrzały światło dzienne. Muzyka przyśpieszyła, kobiety zaczęły tańczyć energiczniej.
-O kurwa - Aren jednym stwierdzeniem podsumował wszystkie swoje odczucia - zaskoczenie, zachwyt, podniecenie.
-Kupimy parę takich bieliźnianych kompletów naszym paniom z Konanu - Necro zaczął sobie coś wyobrażać... widać było po jego minie, że było to nikczemne.
-Mówiłem, że się wam spodoba.
Zza sceny zaczęły wybiegać na parkiet kobiety w powiewających delikatnych spódnicach. Od pasa w górę przyozdabiały je zupełnie przeźroczyste stroje. Nowe tancerki pokazywały nagie piersi. Było coraz bardziej wspaniale.
-To kupmy! Faust, to też jest sztuka?! - oczy Arena szkliły jakby miał zaraz się rozpłakać... ze szczęścia. Nie umiał nawet wyrazić swojego szczęścia. Ich stolik stał najbliżej sceny.
-Jasne. I wy się dziwicie, że mnie nie kręcą wasze kobiety...
-Mam tylko jedno do powiedziana na tą waszą sztukę... VIVA LA FRANCE!! - zawołał z pełnym entuzjazmem.
-Trzymaj fason głąbie, a nie zachowujesz się jak głupi szczeniak... - Necro przygasił jego zapędy. - Kyrie, Rosa, czy Luna... każda z nich jest lepsza, niż te dzierlatki. Przynajmniej nie noszą sztucznych paznokci i posiadają osobliwe charaktery... Tu każda zachowuje się tak samo, jak tresowana lalka..Nie mówię, że przedstawienie mi się nie podoba... ale kobieta to coś więcej niż naga cipa... a tu są tylko nagie cipy - podsumował Necro, podparł się jedną ręką i nalał sobie spokojnie wina do kielicha.
-Wiesz Necro, psujesz mi tylko humor.. - prychnął król - Jeśli pozwolisz, chcę sobie w spokoju pooglądać nagie cipy - oświadczył bawiąc jednocześnie Fausta.
-Spokojnie Aren, Necro chce zabłysnąć opanowaniem, a jego namiot stoi dumnie. - egzorcysta zajrzał pod stolik. - Założę się, że wiele by dał, by zobaczyć na takiej scenie Rosę.
Muzyka nadal grała, ale tancerki zaczęły opuszczać scenę. Przez główne kotary zaczęły wchodzić kolejne.
-Niech mnie Bogowie mają w opiece, nie chcę się spuścić... ale chyba będę musiał - Aren całkowicie zapomniał o eleganckich słowach. Kobiety, jak zresztą poznał były to te same, które wcześniej zabawiały widzów kankanem, miały jedynie przepaski biodrowe wykonane ze złotych łańcuszków a we włosach poupinane czerwone i czarne pióra. Kiedy się obracały, pokazywały golusieńkie pośladki. Nie wspominając nawet o nagich piersiach, których już od tego momentu nie chronił nawet przeźroczysty materiał. Śpiewały po francusku. Wspaniały chór.
-Eee dziecku mama kredek nie dała... Wstyd mi za Ciebie... idę do miasta utoczyć paru Francuzkom krwi... Szkoda, że nie mogę tego zrobić tutaj.. - wampir nie żartował, nawet się podniósł, jedyne co go trzymało to zerowanie butelki, która wiernie przywierała do jego ust.
-Co? Chyba jaja se robisz! - Aren spojrzał na krwiopijcę co najmniej zszokowany.
-Zostaw go - podsunął Faust - Przecież to jego wola co ma robić. Jeśli chce wyjść, niech idzie. Ty sobie oglądaj - wzruszył ramionami.
-Teatrzyk kukiełek.. - wamp pokazał im język - Idę spakować walizy, tęsknie za tym, aby Rosa przywaliła mi patelnią - oświadczył i obrócił się na pięcie.
-Jak chcesz, to powierz Sheenie, przypierdoli Ci w klejnoty tak, że nawet się, kurwa, jodłować nauczysz! - zawołał za nim spirytysta.
-Hapaj dzidę..! - odpowiedział mu również złośliwie.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Soren





Podczas gdy głowa rodziny Noktrie balowała w malowniczej Galii, stolica Konanu trzęsła się myśląc o młodym chłopcu, który zastępował starszego brata w pełnieniu woli władcy. Jednak na nieszczęście dla Dantego król Aren wydał jasny zakaz likwidacji, przemiany lub dodawania jakichkolwiek ustaw, toteż młody Noktrie miał związane ręce. Swoją irytację wyładowywał na innych toteż każdy mieszkaniec zamku starał się go unikać. Generał Remuno, w myśl rozkazów Jego Wysokości szkolił swoich oficerów, którzy mieliby go zastąpić lub po prostu odciążyć go w większości obowiązków, kiedy on sam dbałby o swoją rozrastającą się rodzinę. Panna Raithe całe dnie spędzała na szkoleniu swoich umiejętności w gabinetach lekarskich. Rola, jaką powierzył jej Aren niezmiernie jej się spodobała i powoli przeczuwała, że mogłaby to być jej pasja. Wieczory spędzała w towarzystwie Eirena, który każdego dnia przeciągał swój wyjazd do rodzinnego kraju, by móc jeszcze napawać się obecnością u boku swojej idolki. Małżonka generała niemalże bez przerwy spędzała czas w towarzystwie swojego przyjaciela, Ariela, co irytowało zarówno Alvaro Barleya jak i Reona Remuno. Młody Francuz grając na flecie wprowadzał Lunę w stan relaksu i wewnętrznego spokoju, bo było jej niezwykle potrzebne w ostatnich dniach ciąży.
Koncerty te czasem przeciągały się do późnego wieczora, przez co czarny generał po powrocie do swojej komnaty zamiast witać się ze swoją małżonką, witał pusty pokój. Dlatego też w przeciwieństwie do kapłanki, generał zamiast się relaksować, dodatkowo się irytował. Kiedy więc już trzeciego dnia z kolei nie wróciła przed 21.00 postanowił, że sam się po nią zgłosi. Przemierzył korytarze, zaczął już słyszeć melodię graną na flecie. W pewnej chwili, tuż obok wejścia do salonu, zobaczył opierającą się o ścianę postać. Był to Alvaro.
-Jeszcze nie skończyli - ziewnął.
-Ale zaraz skończy... gdy tylko tam wejdę.. - mężczyzna o czerwonych włosach ścisnął pięści ze złości.
-Nie tylko Ty jesteś poirytowany. Mam pod nosem ładnego geja a on woli spędzać czas z koleżanką, zamiast ze mną flirtować. To potwarz jest po prostu - fuknął Levoronczyk.
-Czemu nie pilnujesz swojego chłoptasia, co? - Reon istotnie się wkurzył i wyżył się na rozmówcy swoim tonem.
-A Ty swojej żony - odpowiedział mu podobnym tonem. - Zabieraj kobietę, chłoptaś będzie mój.
-Dobra dosyć tego! - mówiąc to uderzył drzwi, tak, że prawie wyleciały z futryny. - Luna zbieraj się! - powiedział do małżonki, która siedziała wygodnie w fotelu bujanym i słuchała muzyki fletu.
-Kochanie... czemu jesteś taki nerwowy? - dziewczyna spojrzała na męża pytającym wzrokiem.
-Nie ma kogo zapylać i jest zły - dorzucił Ariel.
-A ty.... - podszedł i wyrwał zręcznie mu flet łamiąc go na pół w jednej pięści. - ..nie masz już na czym grać... - odegrał się.
-Coś Ty zrobił?! - Ariel złapał się za głowę patrząc na "dzieło" znajomego. - Luna!
-Reon, że Ci tak nie wstyd... - młoda kobieta z trudem w stała z bujanego fotela. - Odkupimy Ci - powiedziała do swojego francuskiego przyjaciela.
-Eee.. Ariel, może ja jakoś Cię pocieszę? - wtrącił się Alvaro.
-Ty? Jak chcesz mnie pocieszyć, daj mi flet, albo zapierdalaj kupić mi bombonierkę. Będę jadł ją na oczach generała Remuno, żeby go z zazdrości skręciło w żołądku.
-Nie potrzebuję, mam tyle siana, że kupie sobie setkę bombonierek i nie zbliżaj się do mojej ukochanej do czasu porodu! - Reo odparł twardo.
-Ani mi się śni stosować do Twojego zakazu! - warknął Ariel.
-Kochanie... chodźmy już spać... - Luna złapała Reona pod ramię. - Opowiesz mi jak Ci minął dzień...
-Nie odwracaj kota ogonem! Dlaczego spędzasz z nim całe dnie!? Ja tu ciężko pracuję abyś miała wszystkie wygody... a on przychodzi i podkrada mi moja kobietę. Nie będę tego tolerować! - tupnął nogą ze złości i przytulił do siebie Lunę - Jak jeszcze raz się do Ciebie zbliży to go pokroję! - zagroził dodatkowo.
-AAllle... Kochanie... Ariel jest przecież gejem... jesteś zazdrosny o geja...?
-Może się obawia, że tylko udaję? - wtrącił się blond chłopak - Może się przejdziemy do sypialni to zobaczysz na ile procent mówię prawdę? - pokazał mu język.
-Do sypialni... - nagle Alvaro chwycił chłopaka z lokami pod ramię - to Ty lepiej chodź ze mną!
-Ja, ja już o to zadbam, aby Cię deportowali do Avataru, albo tej powalonej Francji! - Reon odpowiedział na jego uwagę.
-List, list z Galii - do pomieszczenia nagle weszła Rosa. Może i dobrze, przynajmniej przy jej obecności mężczyźni przez chwilę zapomnieli o co się spierali. - Niedługo wracają. Opisują, że bardzo zostali dobrze ugoszczeni i obkupieni - czarnowłosa podała wiadomość do ręki Luny, ponieważ dłonie Reona były zajęty kurczowym trzymaniem przy sobie żony.
-Oo to takie słodkie... - Luna przeczytała list - Też chciałabym kiedyś odwiedzić Francję... piękne, romantyczne miasto miłości... - westchnęła na samą myśl. - Aren na pewno jest zadowolony z tego wypadu, biedak w ogóle nie ma okazji i możliwości nigdzie wyjechać... a tu nagle taka okazja.
-Miasto miłości to ja zaraz Ci zrobię w naszej sypialni - Reon powiedział z przekąsem i położył jej dłoń na brzuszek - Moje śliczne maleństwo, jak się dziś czujecie? Co żeście jadły? - zapytał się, jakby naprawdę dziecko mogło go usłyszeć.
-Zjadłam tyle, że nawet nie pamiętam co... na pewno jogurt z czekoladą, tort truskawkowy, pieczone ziemniaki z kurczakiem.. i chyba ogórek kiszony bo mi się nim odbija...
-Wy tu sobie gadajcie, ja lecę na spacer z Arielkiem! - Alvaro pociągnął chłopaka w stronę wyjścia.
-Rosa, jak idzie Ci praktyka w gabinecie lekarskim? - zaciekawiła się Luna.
-Nie wiedziałam, że tak szybko się w tym odnajdę. Stale się douczam i gonię starszyznę. Teraz już wiem, że to moje powołanie. Zarywam nocki czytając o medycynie, ale ogólnie jestem zadowolona. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. - uśmiechnęła się ciepło mimo ogólnego zmęczenia.
-Dobrze, że Ci krętacze już sobie poszli....przez to moje dziecko jest smutne - generał westchnął myśląc wciąż o konkurencie w walce o uwagę Luny..
-A zapomniałabym... Reonie... długo myślałam nad tym. Wydaje mi się, że złapała Cię gorączka przedporodowa. W sumie żadne leki na to nie pomogą...ale... - Rosa wyciągnęła czarny mazak. Niespodziewanie podwinęła tunikę kapłanki.
-Chwila, co ty robisz? - zaskoczony Reo poczerwieniał. Rosa natomiast namalowała dziewczynie na jej brzuchu oczka i dużą uśmiechniętą buzię.
-Proszę gotowe! - wskazała na swoje dzieło.
-Oooo dziękuję to takie słodkie! - czarnowłosy przytulił się do brzusia przyszłej mamusi - Jak Ci się dziś spało mały? Zobacz jest wesołe. Tata da Ci buzi! - pocałował to miejsce.
-Wiedziałam, że pomoże... - rozchichotała się Rossi.
-No wiecie co... to jest co najmniej zawstydzające... niech tu ktoś jeszcze wparuje, jakiś żołnierz albo minister... Reo, powinieneś się uspokoić, termin mam gdzieś za dwa tygodnie... Boże, kiedy tak o tym myślę, zaczynam się bać... - westchnęła.
Reon wreszcie się uspokoił. - Teraz już mamy nie tylko Was dwie w pakiecie, ale i trzecią - pogłaskał swoją dziewczynę po głowie.
-Ale... bo ja nie rozumiem....? - zmieszała się do reszty. - Ja nie czuję, żeby Aurora we mnie się budziła...
-Bo jej już w Tobie nie ma kwiatuszku... nie o niej mówimy - odpowiedział jej.
-Ciekawa jestem, czy Aurora ma jakąś moc... - Rosa spojrzała na Lunę, jakby próbowała coś odgadnąć.
-No właśnie...czy też jest wcieleniem Bogini seleny... - Reo też trochę się w tym pogubił.
-Ale przecież ja cały czas mam w sobie Aurorę... - skupiła się a jej włosy pociemniały, choć tylko na chwilę, bo gdy tylko straciła koncentrację, ciemny kolor znikł. - ...tylko nie chce wyjść. Więc was nie rozumiem. Jestem cały czas wcieleniem... Aurora nie mogła ze mnie wyjść... coś wam się plącze. Może mówicie o kimś innym o tym samym imieniu?
-Nie - Rosa pokręciła głową.
-A może chcesz ją zobaczyć? - Reon chwycił swoją żonę za dłoń.
-Eeem... ok? - spojrzała na obojga, nadal całkiem zdezorientowana.
Jednak Rosa i Reon wyglądali, jakby nie żartowali. Kobieta o długich czarnych włosach zaczęła prowadzić parę małżeńską przez korytarze. Wreszcie doszli do pomieszczeń zarezerwowanych dla lekarzy zamkowych i leczonych. Te pokoje znajdywały się całkiem na skraju zamku, ale perspektywa możliwości posiadania doktorów na każde zawołanie, szczególnie gdy monarcha tak często chorował była konieczna. - To tutaj... - Raithe wskazała jedną z sal. W środku niej, w łóżku leżała drobna dziewczyna o jaśniutkich włosach. Wyglądała, jakby drzemała.
-Skąd.... jakim cudem, ale ona, bo ja, przecież nie.... - Luna zaczęła bełkotać, kompletnie zszokowana.
Akurat w tym momencie Auri otworzyła swoje słodkie senne oczęta.
-Nie wiemy, może właśnie ty nam wyjaśnisz... - powiedział Reon.
-Trochę z nią rozmawiałam... to niewiarygodne, co opowiada... - Rosa się uśmiechnęła.
-Siostrzyczko? Pani doktor? - Aurora spojrzała na nich. - Tak się przestraszyłam! Śniło mi się coś bardzo strasznego! - usiadła na łóżko i nagle rozpłakała się wylewnie.
-To... Kochanie... - Luna nie mogła się opanować i mocno wtuliła w siebie swoją siostrzyczkę. - Jestem przy Tobie, nic się nie bój...
-Siostrzyczko trochę przytyłaś... chcę wracać do domu, do naszych rodziców! - popatrzała jej z żalem w oczy, jakby ktoś robił jej tu krzywdę.
-Powinnaś odpocząć... - szepnęła do niej. Próbowała opanować szok, jaki wywołał w niej widok krewniaczki.
-Może masz rację...dlaczego tu jest jakoś tak inaczej...? - rozejrzała się dookoła.
Rosa tymczasem otworzyła szeroko okno i odsłoniła zasłonę, aby słońce wpadło do środka pokoju. - Generale może zostawimy ich na chwilunię? - zasugerowała uśmiechając się.
-Generale? - Aurora zgłupiała, ale nie miała odwagi zapytać. Błękitnooka i mąż Luny wyszli na chwilę bez słowa. - Co tu się dzieje!? - wyrwała w końcu. - Reo awansował, czy jak?
-Chyba... wydostałaś się razem z nami... jakimś cudem... - mruknęła Luna jakby do siebie - Pamiętasz, jak opowiadałam Ci swój sen, że wyszłam za generała, wy nie żyliście.... to nie był sen, właśnie jesteśmy w tym miejscu. To jest inna czasoprzestrzeń, w której wszystko potoczyło się innym torem.
-Nie rozumiem... Uciekalismy i... - pokiwała głową. Aurorze zbierało się na płacz.
-Pamiętasz ten obraz? - dotknęła jej policzka - To przez niego wydostaliśmy się z tamtego miejsca. - mocno ją przytuliła do siebie. - Jak dobrze, że udało Ci się uciec z nami...
-Co mam teraz zrobić? Kim powinnam być.... tam... wszyscy umarli - wyjęknęła cicho.
-Będziesz tutaj ze mną, dobrze? Jeśli chcesz możesz tutaj pomagać Rosie... tutaj jest o wiele milsza niż tam - próbowała ją jakoś rozbawić.
-Ale i tak ma lepsze sukienki... - uśmiechnęła się przez chwilkę. - ..i... nie chcę już sprzedawać pomidorów!
-Tobie kupimy jakie tylko sobie wymarzysz. I nigdy, przenigdy nie będziesz sprzedawać pomidorów - zaśmiała się tuląc ją jeszcze mocniej.
-Będę też mogła jeść, co chcę, tak, jak ty? - położyła dłoń na jej brzuch.
-Tak, tylko... to nie od jedzenia... - podrapała się po policzku w zakłopotaniu.
-Nie? - Aurora spojrzała na swoją siostrę pytającym wzrokiem.
-Wiesz ja i Reon... no.. będziemy mieli... dziecko... za jakieś dwa tygodnie... - wybąkała.
Aurorze poszerzały oczy ze zdziwienia. - Super... - zaakceptowała to w pełni. - Powiedziałaś o tym rodzicom?
-Tutaj... nie ma naszych rodziców. W tej rzeczywistości nie żyją już 9 lat....
-Hę? Dlaczego? - Auri czuła, że łzy znów napływają jej do oczu.
-W tej rzeczywistości ojciec Arena był bardzo złym człowiekiem... i bardzo nie chciał, żebyśmy żyli... - zaczęła jej opowiadać o wszystkich wydarzeniach z przeszłości.
W międzyczasie Alvaro przechadzał się z Arielem po zamkowych korytarzach.
-Przykro mi z powodu Twojego fletu - zagadnął Levoronczyk.
-Reon mi za to zapłaci... - syknął w rozgoryczeniu Ariel - Pomagam Lunie a on tylko postrzega we mnie zagrożenie i konkurencję... - zacisnął pięści.
-Nie myśl o nich - mężczyzna o włosach w kolorze morza przystanął i spojrzał na obiekt swoich westchnień. - Przecież masz własne życie i nie musisz się nimi przejmować.
-Problem w tym, że może życie jest puste i dopiero kiedy poświęcam je dla swoich przyjaciół nabiera sensu. Moje hobby właśnie zostało przełamane na pół. Przerzucę się na skrzypce - westchnął ciężko.
-Co powiesz na to, żeby... wyjść gdzieś ze mną na kolację? - zaproponował nagle młodzian z nietypową ozdobą na policzku.
-My razem, tak? A więc jeszcze mnie podrywasz? - Ariel spojrzał na mężczyznę przed nim.
-Chyba nie myślisz, że sobie Ciebie odpuszczę? Jeszcze tego nie wiesz, ale jesteś mój - w jego głosie była pewność siebie.
-Jesteś tego pewien? - młody Francuz założył ręce. W tym momencie Alvaro całkowicie go zaskoczył. Chwycił niemal brutalnie za jego ramiona i przyparł do ściany, by obdarzyć go dzikim, złaknionym pocałunkiem. Oboje zaczęli emanować gorącem, szczególnie Levoronczyk. Alvaro właśnie wkraczał przez bramy nieba... ale w jednej chwili jego szczęście zostało zakończone, gdyż usta niedoszłych kochanków rozdzieliły się. - Rób tak częściej, a może coś z nami będzie - Ariel szepnął do "napastnika" po czym wyswobodził się z jego uścisku. - Jutro o 18.00 czekasz na mnie pod moją komnatą. A i nie lubię gerberów i margaretek. Masz mieć dla mnie goździki, lilie albo narcyzy. Jasne?
-Eeee... tak?
-To dobrze. I nie spóźnij się, bo zamiast moich ust, dostaniesz plaskacza z otwartej. - oświadczył jeszcze twardo po czym zostawił zaskoczonego Alvaro samego.
-Ale się rządzi... podnieca mnie jak diabli - wydusił Levoronczyk do samego siebie.
-Nie czas na zabawy... Zapomniałeś, że Twoje życie jest w moich rękach. - nagle znany mu głos zaszumiał mu w głowie.
-Dostajesz kolejne ofiary dzień w dzień... chyba mam prawo na parę godzin prywatnego szczęścia.... ale w końcu skoro się odzywasz powiedz mi, co planujesz? Arena nie ma, Necro też... przypuszczam, że chcesz to wykorzystać.
-My chcemy... nie ma czasu... są pewne jednostki, które stały się słabe... My musimy wykorzystać tą słabość... - podpowiedział mu.
-Więc kogo proponujesz pozbyć się najpierw?
-Luna i Dante. Ona jest teraz w ciąży, to dodatkowe istnienie. Z kolei ten mały gówniarz...jest całkowicie bezbronny...Generał Reon musi przejąć teraz dużo obowiązków jest zbyt zajęty, aby ich ochronić...A może proponujesz kogoś innego? - Kax mówiąc to nie zważał na to, co będą czuć ludzie, czy sam Alvaro. Jego nosiciel był dla niego tylko narzędziem do wykonania planu.
-W sumie to obie osoby mi pasują.... Dante jest po prostu wkurzający, nienawidzę go a Luna... - zacisnął pięści - skupia na sobie całą uwagę Ariela! Jeśli się jej pozbędę, Ariel będzie cały dla mnie! Co więcej trzeba działać, skoro nie ma też egzorcysty... poćwiartuję ich oboje...
-Pomyśl, jak zrobić to tak, żeby zabić ich dwoje za jednym zamachem...
-Dantego zabiję pod postacią Luny... może pokażę się komuś i pomyślą, że to ta dziewczyna... na pewno skażą ją na śmierć za zabójstwo kogoś z rodziny królewskiej co o Ty myślisz?
-Sprytnie... niech jej tylko szybciej nie wykończą zanim ty to zrobisz... - odpowiedział Kax.
-Spokojnie... zacznę jutro w nocy... a do 22.00 chcę mieć wolne. Umowa stoi?
-Skoro tylko się sprawisz... A ta dziewczyna, Kyrie? - zapytał z zainteresowaniem.
-W związku ze śmiercią tej dwójki będzie w zamku taki chaos, że wątpię, żeby ktoś interesował się wtedy tą dziewczyną. Może ją też zabiję wtedy pod postacią Reona...
-Nie... chcę, żeby to zrobił Elliot... - demon wciąż myślał o swojej zemście.
-Mam się przemienić w Arena? Ale wtedy byłoby to dziwne, że Aren chodzi po zamku a on jeszcze nie wrócił z tej Francji.
-Więc zrobisz to, gdy wróci...
-Dobra, niech będzie - przytaknął jedynie i poszedł do swojej komnaty.
Twórcy: Reon, Luna, Ariel, Alvaro, Rosa, Aurora



Przygotowania do balu szły pełna parą, goście z Konanu nawet nie zauważyli, kiedy te chwile minęły tak szybko. Czas zlatywał im na pławieniu się w gościnności Fausta, no i na jego koszt. Masaże, spa, baseny, galanterie i odmy handlowe....Ten świat wydawał się być zupełnie obcy. Nawet jedzenie, urozmaicone, przeciętny miastowy posilał się w różności niczym król. Francuzki delikatne, pożądliwe i próżne..... szukały tylko okazji, aby zdradzać swoich stałych partnerów.... toteż Aren często z tego korzystał. Necro zaś posilał się na przedmieściach, aby nie zrobić kłopotu gospodarzom. Czuł, że tego potrzebuje...i wychodził niby na wino. Kiedy tak okres oczekiwania na wielki bal minął, zaprzęgnięto konie i ruszono do Wersalu. Owe miejsce było nad wyraz piękne, bogate i dłużyło się w nieskończoność. Białe marmurowe kolumny, rzeźbione postaciami i motywami roślinnymi znajdywały się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz pałacu. Jasne szerokie korytarze i ściany zdobione złotem i malowidłami. Necro miał na to jedno określenie "zajebista chata, tyle że trochę za dużo naciupane tego". Tu było wszystko, rzeźby, wazy błękitno-białe, całe historie malowane na ścianach.... a podłoga... czysta, jakby była taflą jeziora. Podłoże odbijało sufit, miało się wrażenie, jakby się chodziło po łąkach, chmurach. Przeróżne motywy i przepych. Goście zbierali się w głównej sali, do której wreszcie i nasi bohaterowie dotarli. Orkiestra stała w rogu sali, po bokach znajdowały się stoły z bordowymi obrusami. Potrawy stanowiły istny kolorowy wachlarz. Większość nie była znana gościom z Konanu, więc mówili o nich smakołyki, frykasy. Kobiety w rozłożystych sukniach, falbanach i kokardach.... niektóre przesadnie umalowane. Część ubierała peruki, co nawet człowiek nieobeznany mógłby zauważyć. Mężczyźni ubrani dostojnie, w taki sposób, że trudno było odgadnąć ich pozycje. Kto jest zwykłym markizem, kto księciem. Monarcha Konanu z nieukrywaną fascynacją przyglądał się otoczeniu, które było dla niego nad wyraz obce i niemalże mistyczne. Nie umiał jednak dostrzec króla, gdyż tron stał pusty. Musiał więc zmieszać się gdzieś z tłumem.
-Fauście, mam nadzieję, że kiedy natkniemy się na waszego króla dasz mi o tym znać... - spojrzał na ich przewodnika, odzianego w wytworny żakiet.
-To oczywiste. Tak właściwie to hmm... jest dosyć podobny do Ariela tylko może nieco bardziej męski... a i zamiast loków ma falowane włosy.
-Perukę, tak jak ta reszta...? - Necro rozglądnął się po towarzystwie - Co to za moda z tymi sztucznymi włosami...? - skrytykował.
-Hmm... to jeszcze tradycja po starym królu. Wiele osób tak obnosi się z poparciem dla jego rządów.
-A co stało się ze starym królem? - zapytał Aren.
-Został ścięty na gilotynie za jakieś przekręty. Obecny król został wybrany przez elekcję, to jego bratanek. - Faust wzruszył ramionami.
-Eee... ścięty za przekręty? - monarcha Konanu spojrzał na egzorcystę z niedowierzaniem.
-Lud francuski nie lubi jak król za bardzo korzysta ze swoich przywilejów. Tamtemu na starość odbiło i przestał interesować się państwem. Więc go ścięto, ot cała bajka.
-Więc skoro był zły to czemu niektórzy noszą te peruki? - właściciel warkocza wyglądał na zmieszanego.
-Bo wielu rodzinom z którym tamten król się przyjaźnił żyło sobie całkiem dostanie... a potem bum i kloaka.
-Czuję się nie w temacie.... ale te rajtuzy... nie mów, że im zimno - wamp wyśmiał kolejną część garderoby, tym razem męskiej.
-To też pozostałości po starym królu. Zauważ, że te rajtuzy noszą tylko staruchy. Młodzi już ubierają się na czasie.
-Bardzo egzotyczna ta wasza moda... - Aren podrapał się po policzku.
-Specyficzna moda to element każdego kraju - dobiegł głos za nim. Kiedy władca Konanu odwrócił się ujrzał długowłosego blondyna. Był mniej więcej tego samego wzrostu, o jasnozielonych oczach i mocno zaznaczonych kościach policzkowych. Kolor jego wykwintnego ubrania idealnie pasował do odcieniu oczu. - Ty jesteś zapewne Aren Morley Noktrie, władca Konan. - uśmiechnął się - Ja jestem Jean Gaston Yves Lafayette Henri Toulouse Lautrec Mansart, król Francji.
-Eee.... - szatyn pobladł próbując spamiętać te imiona.
-Mów mi Jean.
-Jaaaasne? Widać przywiązujecie dużą wagę do wszystkich imion...
-To nasz cecha charakterystyczna - wzruszył ramionami. - I spokojnie, godzinę przebolejemy z tymi starymi pudernicami i spadamy do Moulin Rouge.
-A to tak wypada...?
-A wolisz oglądać półnagie tancerki, czy stare babsztyle z perukami na głowach?
-Wybieram to pierwsze - odparł zdecydowanie Aren.
-No właśnie ja też.
-Dobra, dobra my tu gadu, gadu, a tu gorzała stygnie... - bąknął Necro do Fausta cichym tonem. Nalał wino do kielicha i podał egzorcyście. - Zdrówko brachu! - stuknął butelką w kielich i sam upił polowe zawartości.
-Tak, tak zdrówko - spirytysta upił parę łyków.
-Faustus Castor, a jednak też wpadłeś - król Francji zwrócił uwagę na bardzo wysokiego blondyna.
-Nie przepuściłbym okazji, Jean Gaston - odpowiedział z uśmiechem mężczyzna o srebrnoszarych oczach.
-Mówicie do siebie po imieniu? - Aren spojrzał na nich z nieukrywanym zainteresowaniem.
-Jasne, znamy się od dzieciaków, jeszcze pamiętam jak Faust mimo, że młodszy o 5 lat to bez przerwy ogrywał mnie w karty, cwaniaczek.
-Taa... bazyliszek.. to znaczy Faust jest niewątpliwie... - nim Aren dokończył, monarcha Galii roześmiał się głośno.
-Więc u was już też jest bazyliszkiem?
-Nie da się ukryć.
-Ależ nalegam! - głos jakieś baby dobiegł prosto do ich uszu.
-Ale, ja nie umiem tańczyć! - Necro próbował się bronić.
-Damie pięknej i bogatej nie można odmawiać! - kobieta się wzburzyła.
-Damie pięknej... no tak.... - wamp zmierzył rozmówczynię wzrokiem. Żywe sto kilo wagi, na dodatek kuso ubrana, w peruce wielkiej i potarganej jak gniazdo tysiąca myszy, umalowana, jak stara baba, z przyczepionym fałszywym pieprzykiem, małe kocie oczka i usta jak żaba.
-Wpadłeś mi w oko i koniec! Musimy zatańczyć - uparła się.
-Ale ja na to za mało wypiłem! - Necro próbował się wycofać.
-Nie obchodzi mnie to seksowny faceciku... - zawzięta babka zaciągnęła go na parkiet. Po minie Necro było widać, że nie jet to po jego myśli.
-Cztery lata temu to mnie targały na parkiet takie ropuchy - zaśmiał się Faust.
-A dlaczego przestały? - Aren zmierzył znajomego wzrokiem.
-Bo się ożeniłem. Ta mała ozdóbka na palcu jest jak pas cnoty. Szczególnie, że Sheena też się gdzieś tutaj kręci.
-Heheh no tak... trzeba przyznać królu Jeanie, że młode Francuski są przepiękne, ale te stare...
-Nie musisz mi tego mówić, Arenie. Ale ja się nie przejmuję. Stare mnie nie obchodzą, gustuję w młodych.
-Trafna uwaga - zderzyli się kieliszkami.
Po dłuższej chwili Necro zmęczony i podeptany, bo jak się okazało kobieta niezbyt poprawnie umiała tańczyć, wreszcie wyrwał się z sideł zauroczenia.
Francuzka tak niemiłosiernie nim zarzucała, że aż wirowało mu w głowie.
Jedynym pocieszeniem, jakie miał w głowie było szybkie wychlastanie kolejnej butelki, aby się znieczulić. Akurat dobrze się składało, bo przy długim stole, przodem do parkietu siedział Aren. Wampir szybko tam podążył i usiadł obok niego. Młodzieniec w brązowych włosach coś notował, na średniej wielkości arkuszu.
-Kurwa, ale przygodę miałem.... nawet sobie nie wyobrażasz. Mam nadzieję, że już nie jesteś na mnie zły za to "zakleszczenie" - generał Velborne klepnął go po plecach.
-Zakleszczenie? Chyba mnie pan z kimś pomylił... - chłopak uśmiechnął się do niego wesoło.
-Rzeczywiście... - westchnął Necro. Na pierwszy rzut oka, naprawdę był podobny do Arena. Jednak trochę ich różniło, nieznajomy miał jaśniejsze od monarchy włosy, koloru orzecha włoskiego. Miał także brązowe ciepłe oczy. Jego twarz wyrażała opanowanie, otwartość na kontakty i ogólnie wzbudzała sympatię. Nieznajomy nosił ciemny długi płaszcz i artystycznie zarzucony czerwony szal na ramiona, widać, że nie był typowym Francuzem. Wampir postanowił, że jakoś wybrnie z tej niezręcznej sytuacji.
-A pan to sobie tak notuje coś, tak? - zapytał lekko zmieszany.
-Rysuję.. - odpowiedział stonowanym głosem.
-Na prawdę? - wamp zapytał ze zdziwieniem i zerknął na papier. Faktycznie był to rysunek, a dokładnie szkic postaci z balu, który właśnie się odbywał.
-Pracuję dla króla Francji. Władca uważa swoje urodziny za wspaniałe wydarzenie do uwiecznienia go na kartach historii. Tworzę szkice dla malarzy, którzy potem dodadzą barw pędzlem malarskim. - dokładniej określił widząc zainteresowanie rozmówcy.
-Nieźle, jak długo zajmuje narysowanie takiego czegoś? - Necro wskazał na arkusz papieru.
-Chwilę....już parę narysowałem - chłopak pokazał swoje prace.
-A szkicujesz też na zamówienie, bo wiesz znam jedną panią i chciałbym dać jej pamiątkę przedstawiającą jej pupilka - Necro zapytał mając w myśli jakiś niecny plan.
-Nie ma sprawy, zrobię to za darmo.. - mężczyzna o orzechowej urodzie uśmiechnął się przyjemnie.
-Spoko z Ciebie ziom. Zaraz wracam! - wampir zerwał się w poszukiwaniu Arena i kiedy wreszcie go znalazł, przytargał go pod oblicze rysownika.
-To jest Aruś mój najlepszy przyjaciel! - Necro powiedział za niego jednocześnie chciał posłodzić królowi Konanu.
-Witam. Mam na imię Michael. - obcy wstał i skłonił się życzliwie.
-Eee... bardzo mi miło, Michael... tak w ogóle to o co chodzi? - zapytał patrząc ze zmieszaniem na obojga.
Necro postawił krzesło za siedzeniem Arena.
-Siadaj, Michael Cię narysuje.. - po chwili też wamp podał mu kielich wina - a tu masz żeby Ci się nie nudziło... - zatarł dłonie. - Tak może być panie artysto? - zapytał jeszcze mężczyznę w czerwonym szalu.
-Magnifique! - odpowiedział mu pokazując kciuk w górę i zabrał się do pracy.
Praca Michaela nie trwała długo, po jedenastu minutach rysunek był gotowy. - Proszę bardzo! - wydarł kartkę i uśmiechnął się.
-O zajebiste! Widać, że to ty! - Necro podbiegł pokazać dzieło Arenowi. - Zobacz nawet wiedział, że nazywasz się Noktrie. Skurczybyki, oni wszystko wiedzą... - westchnął generał Konanu patrząc na podpis malunku.
-Ależ nie... - nowo poznany młodzieniec się roześmiał - ..to moje nazwisko, niecodzienne prawda?
-No-ktrie... - Necro przesylabizował i spojrzał pytająco na swojego przyjaciela o długim warkoczu.
-Tak w sumie to... ja też posiadam to niecodzienne nazwisko... - Aren wyglądał na zmieszanego, kiedy patrzył na malunek. - Dziwny zbieg okoliczności.
-Nie rozumiem, monsieur Aruś. Nazywa się pan Noktrie? - Michael czuł, że nie do końca kapuje.
-Tylko on mówi do mnie "Aruś" - wskazał oskarżycielsko na lorda Velborne - Jestem Aren Morley Noktrie, król Konanu i Avataru - wyprężył się dumnie - A ten oszołom to mój generał, Necro Velborne.
-Hej chwila, jaki oszołom.... sam jesteś... - jednak Necro przerwał odpowiedź, gdy zobaczył, że twarz nieznajomego rozpromieniła się radośnie, zupełnie, jakby wygrał dużą sumę pieniędzy, albo dostał spadek.
-Aren! To ty! - Michael wstał, i uścisnął go ciepło, jakby długo go nie widział. Chłopak był dosyć wysoki, pół głowy wyższy od króla Konanu - Mogłem się domyślić, że to ty! Nie poznajesz mnie? - uśmiechnął się pokazując wszystkie zęby. Monarsze faktycznie ten charakterystyczny "banan" na twarzy kogoś przypominał....
-Gej? - Necro zapytał cichutko.
-Kimkolwiek pan jest możemy się dogadać, jak przestanie mnie pan macać... mam gejofobię i jeśli pan nim jest to nie ręczę za swój krzyk za dziesięć sekund... - mimo, że osoba ta wydawała mu się dziwnie znajoma, to jednak na pierwszym miejscu było obrzydzenie wywołane dotykiem obcego mężczyzny, który mógł mieć różne "dziwne" zamiary wobec monarchy.
-No co ty.. - mężczyzna w ciemno brązowym długim płaszczu położył mu przyjaźnie dłoń na prawe ramię. - Soren Michael Noktrie, podróżnik i Twój kuzyn - przedstawił się po chwili.
-Soren? - Aren wydawał się być początkowo zdezorientowany lub też po prostu nie dowierzał. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w oczy obejmującego mężczyzny zrozumiał, że ten mówi prawdę. - Soren.... to Ty już taka stara dupa jesteś?! - zaśmiał się radośnie - Nie widziałem Cię tyle czasu, żeby się dowiedzieć, że siedzisz sobie we Francji?!
-So-REN? - nawet Necro zareagował - Ten mały gnojek z wiecznym głupkowatym uśmieszkiem na twarzy, to ty?
-Gnojek hehe... - kuzyn Arena rozłożył ręce, spojrzał w sufit i pokiwał głową. - Przecież jestem od Ciebie starszy tylko o 3 lata. Zapomniałeś? Ty też... zmężniałeś... A we Francji siedzę sobie od jakiego pół roku zdobywając nowe doświadczenia - starał się odpowiedzieć na wszystkie pytania, strasznie przy tym gestykulując, widać że był pełen energii.
-Nie dziwię się, że jesteś tutaj... - westchnął Aren - W porównaniu z tym miejscem, mój Konan to jakieś zadupie kulturowe... - zawiesił głowę. - Dlaczego nie piszesz do mnie w ogóle? Straciłem z tobą kontakt już dawno temu.. byłem pewny, że już jakieś lwy Cię zeżarły albo jakie inne bydło...
-Yyy... przepraszam, ale Twoje odpowiedzi też nie dochodziły. - Soren podrapał się po głowie.
-I tylko tyle... - Necro wtrącił z zniesmaczeniem. - Nic dziwnego, że nie dochodziły skoro nie masz stałego miejsca zamieszkania.. - podsumował wampir.
-Racja, racja... moja wpadka. Wybacz kuzynie - orzechowowłosy wyszczerzył zęby.
-Czy ty zawsze się ze wszystkiego cieszysz... - wampir powiedział pod nosem, prawie sam do siebie. Soren Noktrie wydawał się być osobą wiecznie pogodną i przyjazną... aż dziw, że w innym świecie mógł być.... zabity... i to przez Necro.
-Musisz mi wiele opowiedzieć... nawet nie wiesz jak się cieszę, że Cie spotkałem! Musisz w końcu odwiedzić Konan.
-A jednak jesteście krewnymi... - mruknął ktoś za nimi. Okazało się, że król Galii i egzorcysta przysłuchiwali się rozmowie. - A byłem ciekawy, czy te nazwisko to tylko przypadek.
-Och Wasza ekscelencja i pan Jerry! - Soren pokłonił się, jak przystało. Wyciągnął złoty otwierany zegarek i spojrzał na godzinę. - Co już tak późno! Musze wracać do pracy! Proszę mi wybaczyć! Kuzynie porozmawiamy potem! - pomachał radośnie na do widzenia i poleciał w tłum.
-Wiedziałeś kto to... i nic nie powiedziałeś... Faust.. - mruknął Necro.
-No co, nie sądziłem, że to ważne - zarzucił włosy do przodu i przeczesał je.
-Następnym razem uprzedzaj mnie, jeśli znasz kogoś o tym samym nazwisku, co moje! - zasyczał Aren.
-Jasne, jasne, jasne... - pomachał mu jakby go to nie obchodziło. - Księżniczka Noktrie odnalazła swojego księcia z bajki. Dajcie sobie teraz budzi a miłość od nowa się narodzi. - wzruszył ramionami.
-A jednak gej.. - dodał żartobliwie Necro.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Soren



Okazało się, że przed bramą stoi już przygotowana dorożka. Natomiast wiźnicą był sam Moraven Tale. Chociaż z opóźnieniem, doleciał do celu.
-Do miasta? - zapytał.
-Do najbliższego sklepu, żebym nie musiał się z nimi tak pokazywać... - wskazał na wampira i władcę w ubraniach, które mieli na sobie już od dnia wylotu.
-No faktycznie... - duch skrzywił się nieco.
-To znaczy teraz jedziemy na zakupy a potem....?
-Najlepiej do spa... zrobią coś z wami, żebyście wyszli na ludzi.
-Ja uważam, że Aren powinien się pokazać w konańskich łachach... w końcu robimy za siebie, czy za Francuzów... - skrzywił się jeszcze wampir.
-Arenie? - Faust spojrzał przenikliwie na króla.
-Mi to szczerze mówiąc obojętnie. Moje ubrania trzeba przeprać, no a dwa tygodnie nie będę chodził w tym samym... i nic nie wzięliśmy na zmianę. Jeśli mogę tylko zapytać, jeśli nakupujemy tych ubrać to znaczy, że wracamy do Konanu karetą?
-Możemy na gryfach... nie widzę problemu, aby ubrania posłać konno. - blond-Francuz wzruszył ramionami.
-Pakujcie się już, szkoda dnia - ponagliło ich widmo. Wtedy też wszyscy zasiedli na swoich miejscach a powóz ruszył przed siebie.
-Słyszałem Aren, że przedymałeś wszystkie pokojówki... - Necro wskoczył ni z gruszki ni z pietruszki.
-Co Cię to obchodzi? - właściciel warkocza się naburmuszył.
-Nie chcesz się pochwalić? Kyrie na pewno będzie wniebowzięta, że ty taki doświadczony.. - mówiąc to pokazał radośnie wszystkie zęby.
-Za Te teksty powinienem wybić Ci wszystkie zęby - zasyczał Aren odwracając się do niego tyłem.
-Byłoby bardzo ciekawie - mruknął Faust ziewając.
-Nie masz tyle siły.... bo jeszcze mały jesteś - Necro wyjrzał przez okno powozu. - Daleko stąd do tego miasta? - zapytał, jak gdyby nigdy nic.
-A co, już zgłodniałeś? - prychnął Aren.
-Jakieś 5 minut drogi do pierwszych zabudowań. - odpowiedział egzorcysta - A Ty Arenie, mógłbyś już przestać. Twoja monotematyczność jest zgoła mało interesująca. W dodatku gniew nie pasuje do Twojej osobowości. Oboje, ja i Necro wiemy, że jesteś typem wesołego szczeniaczka a nie naburmuszonego obrażalskiego paniczyka - westchnął.
-Nikt nie prosił Cię o zdanie - monarcha założył ręce.
-Hę..? A jednak ma coś z ojca i Dantego....! - Necro poczochrał mu fryzurę.
-Próbujesz mnie obrazić?! - właściciel warkocza w gniewie zacisnął pięści. - Mam zły dzień!
-Ciekawe czy chodzi o incydent z Necro czy to, że kiedy usłyszałeś o tym, co Necro wyprawia zakleszczyłeś się w pokojówce... - Faust podrapał się po policzku. - Musiałeś się napracować, żeby go wyciągnąć.
-Skąd Ty... wymyślasz takie rzeczy?! - Aren zrobił się cały czerwony.
-Ptaszek mi wyćwierkał...
-Buhahahah! - generał wpadł w furię śmiechu.
-To nie jest śmieszne!! Poza tym to ona się zestresowała nie ja i wpadła w panikę! To nie była moja wina!
-Musiałeś ją dźgnąć igłą w tyłek, żeby Cię wypuściła... w sumie dobrze, bo jeszcze byś się tam zadomowił i co? - Faust również wydawał się być rozbawiony. - W każdym razie sądzę, że to jest właśnie wina Twojego humoru a nie Necro.
-Ale to wszystko było przez niego! - wskazał oskarżycielsko na wampira.
-Ja Cię zakleszczyłem? Nie przypominam sobie - dotknął go denerwująco paluszkiem w ramię i tak kilka razy.
-To przez Ciebie ona wpadła w panikę! Ta dziewczyna to była jej siostra, cwelu! Nigdy, nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiał tego doświadczać!
-Jak na niedoświadczonego w takich wypadkach bardzo dobrze wiedziałeś, co robić... - mruknął egzorcysta.
-Bo Twoja żona mi powiedziała! - ryknął.
-To znaczy, ze uprawiałeś beztrosko seks, po moim występie? - Necro spojrzał mu prosto w oczy z zaciekawieniem.
-Co? Nie!
-Sheena zaczepiła mnie przy pokoju, w którym harcował Aren - wtrącił się Faust - Powiedziała mi co robisz... Aren i Roxette słyszeli nas i stąd ta cała sytuacja - wzruszył ramionami.
-No to nieźle... o zatrzymaliśmy się... - zauważył Necro. Po chwili wszyscy opuścili wygodną kabinę i zaczęli podążać miastem. - Sporo tu ludzi krąży... ale wszyscy dziwnie wyglądają. Chyba nie znajdę tu drugiej połówki - ocenił ich ubrania i wygląd. - A jednak znajdę... - wamp zatrzymał się przy wystawie alkoholowej, w której główną role grały wódki.
-Potem zajmiemy się alkoholami. Poza tym wszyscy na was dziwnie patrzą przez te ubrania... pogniecione, miejscami ubłocone... obrzyda. Lepiej rusz się za nami.
-Nie widzisz, że nie patrzą mi się na spodnie, tylko na oczy....znowu robię za dziwoląga... - skrzywił się właściciel żółto-czerwonych źrenic.
-Nie za dziwoląga, tylko na atrakcyjną zdobycz dla wszystkich kobiet. Po tym co rano zrobiłeś, będę musiał mówić każdej kobiecie, że jesteś gejem, żeby się do Ciebie nie zbliżały. - wyjaśnił. Wtedy też to Aren zaczął się głośno śmiać.
-Nikt w to nie uwierzy....jestem zbyt męski... - Necro wypiął swoją klatkę piersiową, której żadna kobieta nie miałaby nic do zarzucenia.
-Jasne... zamiast uprawiać tu pokazy kulturystyczne rusz się - złapał go za kołnierz i pociągnął. Miał już dość, że wszyscy przystawali, by popatrzeć się na trójkę przybyszów.
Po chwili weszli do porządnego francuskiego i drogiego sklepu. - Tego jest za dużo... - Necro aż zatrzymał się na progu.
-Ty będziesz musiał tylko przymierzać. Resztę zostaw mi. I zachowuj się, jesteś w sklepie Arvandiego. Jeśli narobisz mi wstydu, umówię Cię na randkę z jakimś gejem. - zasyczał. W tej też chwili dobiegło do nich radosne wołanie jakiegoś mężczyzny.
-Monsieur Jerry, guel honneur! - nieznajomy, średniego wzrostu, ubrany w elegancki żakiet typu jaskółka wyszedł ich przywitać. - Nous avons une nouvelle collection, vous serez surement en profiter! [mamy nową kolekcję, na pewno się panu spodoba].
-Bien. - egzorcysta uśmiechnął się szeroko i zaczął o czymś dyskutować gorączkowo wskazując na Konanczyków.
-O czymkolwiek mówi mam nadzieję, że nas nie obraża... - fuknął Aren z niesmakiem. Jednakże zamiast tego już po chwili sprzedawca zawołał pomocnice, które zatargały Necro i Arena do małego pokoiku. Zaraz po tym do obu zdezorientowanych przyszedł Faust.
-Nie stresujcie się, zdejmą tylko z was miarę.
-Nie chcę, żeby mnie ktoś dotykał.. - powiedział zdezorientowany Necro.
-Uspokójcie się i panikujecie jak dzieci...
Właściwie to obaj nawet nie nie zorientowali, kiedy kobiety pobrały wszystkie potrzebne wymiary. Musiały mieć już wielką wprawę. Wtedy też oboje zostali zaprowadzeni do przymierzalni. Słyszeli tylko jak Faust rozmawia z ludźmi. Już po chwili obaj dostali pierwsze ubrania do przymiarki.
-Że niby ja w tym dobrze wyglądam? - Necro zaczął się oglądać, na początku z niedowierzaniem. - Wyglądam świetnie! - poprawił się w lustrze. Popielata koszula z bordowym krawatem prezentowała się doskonale. Czarna atłasowa marynarka i spodnie dodawała mu powagi i francuskiej elegancji. Materiał wyglądał na niesamowicie drogi i uszyty z ogromną dokładnością, całości dopełniały srebrne guziki. - Wyglądałbym, jak Francuz, gdybym tylko się uczesał... - zażartował sobie. Do kompletu, jedna z pomocnic dodała mu ciemne, matowe rękawiczki. - Teraz to nawet rąk sobie nie pobrudzę... - wampir był zadowolony, gust Fausta zaspokoił jego własne "ja" i wyróżnił jego indywidualny styl.
-To dopiero początek.. - rzekła jedna z sklepowych i podała mu jeszcze do przymierzenia czarny długi płaszcz, którego kołnierz nieznacznie odstawał.
-Kurczę, czuję się jak gej przed randką... Faust, co ty o tym myślisz? - zapytał kolegi o zdanie
-Szczerze mówiąc bardzo, ale to BARDZO mi się podoba. - przyznał z niedowierzaniem - Bierzemy ten komplet - powiedział do sprzedawcy a ten pokiwał głową, równie zadowolony z rezultatu. - Ostatnio widziałem Cię ubranego tak porządnie, kiedy sam byłem w Twoim ciele - przyznał z bólem - Aren, jak u Ciebie?
-Sam nie wiem, bo nie znam się na modzie - młody król wyszedł z przymierzalni. Na ten widok Faust nieomal nie stracił równowagi widząc wielką przemianę monarchy. Śnieżnobiała koszula z jedwabiu z eleganckim, ciasno związanym żabotem i falbanami na rękawach była pierwszym elementem, który sprawiał, że całokształt wyglądał bardzo efektownie. Białe, jedwabne spodnie do połowy były zakryte, gdyż król ubrał także wysokie, sięgające pod kolana buty z cholewkami i nakładkami na nieznacznym, dwu-centymetrowym obcasie. Nakładki w kolorze blado-błękitnym przyozdobione były z tyłu kokardami. Na koszulę narzucony był dwuczęściowy żakiet. Jego rękawy po bokach przewiązane były drobnymi kokardkami tworząc impresję bufiastych przyozdobień. Od połowy kaftan przeplatał błękitny pas spod którego wychodziły rozchodzące się poły woalu, który marszczył się lekko od wysokości kolan nadając wrażenie fal. Pod spodem doszyta część luźno opadała wzdłuż ciała. Przeplatana była błękitnymi tasiemkami. Dodatkowo żakiet nie posiadał guzików a dziesięć srebrnych łańcuszków, których jedne końce przymocowane były z lewej strony materiału a drugie końce zapinało się u prawej strony. Długość wszystkich była regulowana, więc można było je dopasować do sylwetki noszącego kaftan mężczyzny.
-Biel i błękit to zdecydowanie pasujące do Ciebie kolory. Ten widok pieści moje oczy - egzorcysta zaczął się rozkoszować tym, co miał przed oczami.
-Wyglądasz, jak lalka.. - zażartował Necro - Ja zdecydowanie wolę wyglądać bardziej prosto.. - zaznaczył.
-Grrrr! Faust? - Aren spojrzał na spirytystę oczekując jego zdania po słowach wampira.
-Nie słuchaj go, zazdrości Ci. Ściągaj to, damy Ci bardzo podobny komplet. - oświadczył dodatkowo. I rzeczywiście, Aren przywdział bardzo podobny zestaw tyle, że kolorami przewodnimi była czerń i czerwień. Jedynie żabot, rękawy i rękawiczki pozostawały białe. W dodatku także płótno rozchodzące się od połowy nie było marszczone, by tworzyć fale a chaotycznie wycinane dodając mocnego gotyckiego akcentu. Kolor i lekko zmieniony król wystarczył, by ze świętego zrobić drapieżnego. - To też mi się podoba. - rzekł Francuz. - Te rękawy się opuszcza... - Faustus zbliżył się do Arena i zsunął żakiet z jego ramion tak, by odkryć białe fragmenty koszuli ukrytej pod kaftanem. - Świetnie.
-Zdaję się na Ciebie, bo ja naprawdę nie umiem się ubierać...
-Ale siara... nie masz królewskich stylistów? - Necro go skrytykował.
-Nie wtrącaj się! - Aren zapłonął. - Ubieram się w to, co dostarczają mi styliści, ale...
-No właśnie ja na Twoim miejscu bym ich wszystkich pozwalniał. Wasze ubrania są passe... przebierajcie się dalej, odwiedzimy jeszcze wiele sklepów.
Faust miał rację. Obaj Konanczycy po połowie dnia i nakupieniu ogromnej ilości odzieży nie mogli uwierzyć, że Francuz ma jeszcze energię na więcej. Na szczęście, w końcu koło godziny 16.00 zarządził koniec sklepowego szału, by ulżyć obojgu gościom. Dlatego też zabrał ich do miejsca, którego jak dotąd Aren i Necro woleli unikać, ale będąc tak wykończonym było im już wszystko obojętne...
-Panowie wychodzimy, idziemy do spa. - oświadczył im kiedy powóz przystanął przed dużym budynkiem w gotyckim stylu.
-Jeśli będzie tam łóżko, bardzo chętnie - monarcha wyczołgał się z powozu jak zbity pies.
-Ja tam chce masaż... - Necro od razu pomyślał o wygodach.
-No tak dokładnie to idziemy na masaż... podczas kiedy my siedzieliśmy w sklepie, Schroeder zrobił nam trzygodzinną rezerwację.
-Trzy? Na sam masaż powinniśmy tu klapnąć na pięć godzin... - właściciel warkocza przeciągnął się aż mi kości strzeliły.
-Starzejesz się szybciej niż myślałem - przyuważył egzorcysta.- Idziemy.
Faustus przeprowadził krótką wymianę zdań w recepcji po czym cała trójka została zaprowadzona do trzech salek. Tam każdy z nich dostał ręczniki. Na myśl o rozebraniu się, co od razu kojarzyło się z ubraniami, Konanczycy skrzywili się ale wykonali polecenie. Ich oczom ukazało się pomieszczenie z cieplutką wodą, gdzie Faust już się rozsiadł i popijał szampana.
-Taki mały raj... - Aren od razu wskoczył do wody jak rozradowany dzieciak i oparł się wygodnie. Czuł jak jego obolałe mięśnie rozluźniają się.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Schroeder



Mimo, iż żaden z podróżnych nie odczuwał dużej potrzeby snu to jednak w chwili, kiedy już położyli się do łóżek, odpadli na całego. Dlatego też żadna z pokojówek w rezydencji nie ośmieliła się nawet zajrzeć do pokojów, w których przebywali goście, jak i zarówno właściciele.
Dopiero następnego dnia rankiem pewna kobieta ośmieliła się zajrzeć do sypialni zajmowanej przez wampira. Śniadanie postawiła na stole, odsunęła zasłony a widząc, że nawet światło nie podziałało na krwiopijcę zbliżyła się do łóżka. Wtedy też pochyliła nad śpiącym mężczyzną i złożyła na jego ustach namiętny pocałunek.
Necro zerwał się jak oparzony. - Wybacz, pomyliłem Ciebie z kimś - wytłumaczył się ze swojej reakcji.
-Nie szkodzi - zaśmiała się. - Zapewne z madame Shynclavier - osobą, która go zbudziła była ta sama pokojówka, która poprzedniego dnia myła mu plecy. Najwidoczniej nie chciała odpuścić. - Może śniadanie?
-Jasne.. - spojrzał na jej ponętne uda i oblizał się.
-Mam bagietki, rogaliki, naleśniki francuskie, maślane bułeczki, dżem i tuńczyk z rabarbarem... co podać? - uśmiechnęła się zalotnie.
-..pocałunek francuski.. - spojrzał ukradkiem na jej minę i reakcję
-Jest pan gościem a gościowi się nie odmawia - zadarła figlarnie nosek do góry po czym już całkiem bezwstydnie weszła na łóżko i usiadła na nim okrakiem. Wtedy też pochyliła się odrzucając do tyłu włosy i zaczęła go całować.
-Yyyy każdemu mężczyźnie wchodzisz tak chętnie do łóżka? - Necro zadając to pytanie był ciekaw, czy jest w stanie urazić niewiastę.
-Ależ skąd... tylko tym bardzo przystojnym - odpowiedziała całkiem szczerze i zaczęła muskać jego szyję.
-Pewnie dużo tu u Was takich.... - nagle niespodziewanie ścisnął jej pośladki swoimi dłońmi.
-Może... ale mam pytanie mój drogi panie, chcesz rozmawiać czy się pieprzyć? Ten drugi już maraton uprawia a Ty chyba myślisz, że rozpalisz mnie słowami... - spojrzała na niego z wyrzutem.
-Moja droga, ależ to sam Faust mówił, że słowami zdziała się więcej.... - spojrzał na nią zakłopotany. Sam nie wiedział, czego chce, ale z chwilą kiedy dziewczyna się dosłownie do niego dobierała... poczuł, że ma ochotę coś przekąsić. Jej gładka szyja wydawała się znamienitym kąskiem.
-W walce na pewno, ale jeśli chodzi o łóżko, z ust powinien wyłaniać się język a nie słowa - oznajmiła i obdarzyła go namiętnym francuskim pocałunkiem.
-Nie chcę, abyś mnie całowała...nie mam na to ochoty - odrzucił ją na bok i złapał silnie za ramiona przygniatając swoim ciałem. Jedną dłonią pogłaskał jej szyję...po czym polizał od obojczyka po skroń. Jego oczy zaczęły złowrogo połyskiwać, kobiecie w tym momencie mógł się wydawać nieco straszny. Necro za to kłębiły się dziwne myśli po głowie...tak na prawdę w pierwszej chwili miał ochotę po prostu ja wykorzystać i zabić....Ale co by na to morderstwo powiedział Faust, albo Aren. Niemniej chciał tego...być przez chwilę tym złym, jak każdy wampir. Ona sama go prowokowała, choć nie była taka niewinna, jak większość jego ofiar. Generał jednak myślał...czy nie ukarać jej lubieżności, skrócić jej zapędy.... Na razie chwilowo sam ją pocałował, w jego ustach można było wyczuć narastająca agresywność.
Ona sama zdawała się być coraz bardziej podniecona jego zapędami. Siła jego mięśni, które czuła na sobie rozpalała ją do głębi. Poczuła jak kolejne prądy przebiegają przez jej ciało. Całował ją coraz mocniej a ona coraz zachłanniej zaczęła mu odpowiadać. Jej noga objęła jego nogę, jeszcze bardziej go do siebie przyciągnęła. Co więcej, jedna z jej rąk, którą zdołała uwolnić i uścisku wampira powędrowała po jego pośladku, następnie biodrze, zatopiła się między jego nogami... I wtem wampir złapał jej szyję, jedną dłonią, silnym uchwytem.... gdy już zaczęło gwałtownie brakować jej powietrza... po prostu zaczęła się dusić i opadać z sił. Wzbranianie nic jej nie pomogło, on był zbyt silny...na jego twarzy zagościł zły uśmiech. Potwór w nim bardzo podniecał się jej cierpieniem i to było widać po jego minie. Gdy już osłabła, wbił jej swoje kły w alabastrową szyję. Kobieta na początku poczuła ostry ból, a potem uspokojenie. Ssanie było na prawdę przyjemne...jakby ktoś pieścił ja pocałunkami po szyi. Ciepłe promieniowanie... zaczęło rozchodzić się po jej krwiobiegu, jakby ktoś wprowadził jej do ciała słodką truciznę. Było to jak złudzenie... ponieważ wampir odbierał jej właśnie życiodajne soki. Nie musiał nawet jej dotykać, żeby poczuła, że jej strefy erogenne dostarczają jej pobudzenia i radości. Po paru ładnych minutach przyjemności dopiero poczuła, że robi jej się chłodnawo, że drętwieje i gdzieś odlatuje.. zapadła w błogi sen. Necro w jej oczach wyglądał czule, jak kochanek.... jednak powoli docierało do jej głowy, że jest demonem wobec którego jest już całkiem bezbronna. Zdawało się, że już niemal po wszystkim. Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia. Były to trzy osoby, w tym jedna kobieta. Jedna z postaci stała w odrętwieniu patrząc na sytuację, druga natomiast z założonymi rękoma czekała na poczynania tej trzeciej. Wtedy też wampir poczuł niemalże lód na swoich plecach. Ktoś wylał na niego wielki kubeł zimnej wody... dosłownie. A był to Faust.
-Zabawa skończona - oświadczył twardo egzorcysta.
On złapał głęboki oddech, jakby wreszcie wydostał się na powierzchnie po długim nurkowaniu w głębinach morskich... Potem spojrzał na to, co zrobił... wywnioskował sam, że chyba do końca nie panował nad sobą, bo dziewczyna prawie zeszła. Otarł usta z krwi.
-Na co się gapisz? - syknął do Fausta. - Posprzątaj to.. - mówiąc to wstał i odszedł od łóżka. Przez chwilę spojrzał na pokojówkę, bladą niczym papier i plamie krwi w okolicach poduszki, ale udał, że go to nie obchodzi.
-Mogę wiedzieć co Ty za mycyje odpierdalasz w moim domu? - zapytał spirytysta. - Jeśli masz zamiar stołować się w ten sposób, to może rozbijemy Ci namiot w ogródku tak dla bezpieczeństwa? Dobrze, że Sheena wyczuła, że coś jest nie tak.
-Takie soczki zmieszane ze strachem dają bardzo intensywny zapach... - oblizała paznokcie - tak przy okazji Twój kolega chyba jest w szoku - wskazała na króla nie mogącego wydusić słowa.
-Tak, tak idę się umyć... bo oblałeś mnie jakimś gównem...mon Dieu - zakpił z niego. - Lepiej zabierz ode mnie te Twoje napalone pokojówki.. bo nie ręczę za siebie - westchnął teatralnie i złapał się za głowę w ubolewaniu.
-To zwykła woda, ale dobrze, że mi podsunąłeś... następnym razem użyję czegoś z szamba - przyznał wzdychając. - Kochanie powiedz Faunowi, żeby przygotował dorożkę. Trzeba tą pannę przewieść do szpitala.
-Yhym, już lecę. - wyszła z pokoju z Aren zaraz za nią. Najprawdopodobniej nie miał ochoty rozmawiać z wampirem.
-Chciałem tylko skrócić jej cierpienia, po co ma wzdychać, gdy wyjadę.. - wytłumaczył się patrząc na Francuza z ciągłym uśmieszkiem na ustach.
-Bożesz, ciebie chyba podawali na widłach do chrztu bo nie chcieli się zbliżać - westchnął Faust. - Idź się wymyj i pogadaj z Arenem, Twoja przyjaciółka ma chyba zapaść emocjonalną.
-Dobrze tato.. To ty chciałeś się ze mną przyjaźnić, nie ja z Tobą.. - chrząknął złośliwie i poszedł do łazienki. Kiedy wrócił zauważył, że kobieta została już zabrana. Doprowadził się do porządku i zszedł na dół poszukując swojego "Pana". - O tutaj jesteś... - zauważył go siedzącego w salonie popijającego jakiś trunek, a być może to była zwykła herbata.
-Yhym... - bąknął jedynie Aren wpatrując się w swój kubek. - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał w końcu. Wciąż nie patrzył na krwiopijcę.
-Dlaczego...? - otworzył paszczę ze zdziwienia i usiadł obok niego. - Żyła sobie pewna rasa, która lubiła się posilać krwią ludzką...ofiary nazywały ją wampirami. Halo? jestem wampirem! Zapomniałeś? - odpowiedział mu.
-Ale dlaczego tutaj, nie możesz przez jakiś czas nie sprawiać problemów? Jeśli czujesz głód nie zabraniam Ci wyjść na zewnątrz i posileniem się kim popadnie, ale dlaczego domownicy? Sam mówiłeś, że swoich się nie je. Więc czemu kurwa kiedy innych pouczasz sam się do tego nie stosujesz? Jesteśmy w gościach do cholery. Nawet ja mimo, że jestem królem nie panoszę się wszędzie i nie narzucam swojej woli...
-To nie są moi domownicy, po za tym sama się narzucała. Dałem tylko jej małą lekcję pokory - wamp wyjaśnił pokrótce.
-Jasne - fuknął monarcha - Następnym razem zamiast kłów spróbuj powiedzieć "Nie jestem zainteresowany". Uwierz mi to nie jest trudne. Poza tym co Cię opętało, żeby gryźć kobietę, która ma na Ciebie ochotę, powoli mam wrażenie, że Reon ma rację i jajka naprawdę zaczynają Ci przysychać do majtek...
-Pieprz się... - odpowiedział mu z uśmiechem i to całkiem olewająco.
W tej chwili Aren gwałtownie wstał i wyszedł z salonu. Miał ochotę trzasnąć drzwiami ale niestety, salon nie był wyposażony w drzwi. Dlatego też dopiero po wejściu do jakiegoś pokoju, Necro dosłyszał głośny trzask drzwiami.
-Gówniarz.... - westchnął wampir. - Nie trzaskaj, nie jesteś u siebie! - krzyknął za nim.
-A Ty nie wpieprzaj moich pokojówek, też nie jesteś u siebie - odpowiedział mu kobiecy głos.
-A pieprzyć to niby je mogę? Sama do mnie przylazła! - Necro obrócił się w stronę drzwi, aby dostrzec osobę, która do niego się zwróciła.
-A jak sądzisz? Jesteś we Francji, tu panuje rozpusta - osobą tą była Shynclavier. Kiedy ruszyła swoim zgrabnym, kocim ciałem na posadzce odbijały się głucho odgłosy szpilek. - Straciłeś nad sobą kontrolę, prawda? Czyżby Aren trzymał Cię zbyt długo na głodzie?
Necro zrobił parę kroków do tyłu. Nie wiedział czemu, ale obawiał się tej kobiety, można było to nazwać strachem przed czymś, nie wiedział dokładnie co to jest. W każdym bądź razie wylądował pod samym oknem. - I kto to mówi, kobieta, która zjada swoich facetów, sukub..Oboje mamy coś wspólnego ze sobą. - wyprostował się dumnie.
-Jaki jest powód tego, że przede mną uciekasz? Obawiasz się moich feromonów? Jeszcze ich nie uwolniłam, nie masz się czego bać. I owszem mamy coś ze sobą wspólnego... tyle, że Ty jeszcze nie umiesz panować nad łaknieniem. Może pokazać Ci wieczorem miejsca, gdzie mógłbyś najeść się do syta nie budząc przy tym czujności Arena i reszty? A może obawiasz się być ze mną sam na sam? - stanęła jakieś dwa metry przed nim, w lekkim rozkroku, jakby wyzywając go lub demonstrując swoją wyższość.
-Umiem panować nad sobą, gdybym nie umiał nie mógłbym funkcjonować w zamku to po pierwsze... Po drugie owszem jesteś seksowna, ale mogę bez trudu się oprzeć, ponieważ dla mnie jesteś tylko ruszającym się mięsem... i nic do Ciebie nie czuje - przysiadł na oknie zakładając nogę na nogę, próbując jej pokazać, że nie jest nią zainteresowany.
-Naprawdę możesz się oprzeć? - wtedy też wampir poczuł zapach... nieznośnie pociągający, wzywający go do niej... niemalże zaczęło mu się kręcić w głowie. Był jakby oczarowany.... ale nagle wszystko wróciło do normy. - Już zatopiłam w Tobie swoje paznokietki i mogę owinąć sobie Ciebie wokół palca. Ale mój mąż to dla mnie priorytet. Skoro zakazał mi was atakować, nie mogę złamać danej mu obietnicy. Chyba, że mnie sprowokujesz. Oboje jesteśmy dla siebie potencjalnym pokarmem. Tyle, że moja krew może jeszcze szybciej pomóc mi Tobą zawładnąć... dlatego też całowanie mnie podczas zabawy w butelkę był dla Ciebie nader podniecający... - uśmiechnęła się szelmowsko - ...ale... - wzruszyła nagle ramionami jakby tracąc nim zainteresowanie - jesteś gościem, więc proszę bardzo - podeszła do ściany z butelkami. Wyciągnęła jedną na samym dole - Doskonały rocznik. Częstuj się i lepiej się uchlej, jeśli potem nie chcesz cierpieć mąk na mieście przy przymierzaniu ubrań.
-Nie dzięki...Wiesz możesz próbować...Mnie podnieca tylko agresja, więc jeśli będę chciał się dać oczarować Tobie... to najpewniej nie wylądujesz z tego cało.. - odgryzł się jej.
-Ja? Wciąż mam wrażenie, że jednak Ty, jeśli zgłodnieję - puściła mu oko i ruszył do wyjścia - Kocurrrku - uśmiechnęła się szeroko na widok Fausta - Faun już zabrał Roxanne?
-Może już nawet są na miejscu. Widzę, że morderca jest na miejscu, a ten drugi?
-Płacze w schowku na szczotki - odpowiedziała z rozbawieniem i pocałowała męża w policzek. - Nie masz zamiaru ukarać Necro za jego postępowanie?
-Hmmm... - egzorcysta spojrzał na wampira - ...jak mnie zirytuje pozwolę ci odgryźć jego rękę. Jak na razie... to jeden wypadek i dziewczyna żyje.
-Hehehe, już nie mogę doczekać się następnego wybryku w jego wykonaniu... - oblizała się. - Papa jedzonko - pomachała krwiopijcy i wyszła z pomieszczenia.
-Przypuszczam, że już się najadłeś, więc możemy ruszać na miasto? - Francuz spojrzał na kolorowookiego gościa.
-Gotowy i... Radzę trzymaj ją ode mnie z daleka, bo mnie trochę irytuje... - odpowiedział mu.
-Ją irytuje sam fakt, że jesteś w tym domu, więc się dopełniacie. Jeśli jesteś gotowy, to może skoczysz po Arena, czy ja mam to zrobić?
-Idź, on chyba mnie nie lubi... - westchnął głęboko, ale bez przejęcia się tym zbytnio.
-Oboje jesteście jak małe dzieci - spirytysta wzruszył ramionami i poszedł po monarchę. Już po chwili przyprowadził go i zostawiając obojga gości w tyle, ruszył do wyjścia.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Shynclavier



Dorożka rzeczywiście była przygotowana i stała przed głównym wejściem do zamku. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach, woźnica dał znak koniom do ruszenia. Zaczęli przemierzać wielkie ogrody o charakterystycznych geometrycznych kształtach. Na początku jednak żaden z Konanczyków nie miał ochoty podziwiać roztaczających się wokół nich widoków, kiedy ich brzuchy były wypełnione po brzegi, aż nie mogli się ruszać. Dopiero po dobrych piętnastu minutach Aren zaczął interesować się wszystkim wokół niego.
-Tak się obżarłem, że chyba zwymiotuję... - król rozglądał się, aby na wszelki wypadek skoczyć do jakiś krzaków.
-Będziesz gruby i żadna Cię nie ze chce...nawet Kyrie... - Necro zamknął oczy z myślą o popołudniowej drzemce.
-Zamiast do mnie, powinniście się przejechać do spa... - wtrącił Faust na co Aren wybuchł śmiechem.
-Spa? To dla kobiet, Faust.. nie mów, że Ty...
-Tak, u was spa są głównie skierowane dla kobiet... u nas jest po równo. U nas, w męskim spa najpierw piękna kobieta funduje Ci masaż, a potem przynajmniej trzy inne obmywają Cię w ciepłej kąpieli... więc nie wiem czy powinieneś się śmiać.
-Masz rację... chcę odwiedzić takie spa!
-Hej myślicie, że naprawdę ubieram się niekorzystnie? - Necro zaczął z innej beczki.
-Nawet pan Jerry uznał, że wyglądacie jak bezdomni... więc jak sądzisz? - zapytał retorycznie demon.
-Więc jakbym się umył i ubrał...byłbym fajny? A moje oczy to dodatkowy atut?-zadał głupiutkie pytanie.
-Tak, jakbyś się ustroił to mógłbyś wyrwać tu każdą laskę - powiedział Faust - Dzięki swoim oczom wyróżniasz się, co dodaje Ci punktów do stylu.
-Jeśli Francuzi doceniają tak wyróżniających się ludzi... to czym Ty się wyróżniasz, Faust? - zaciekawił się król.
-Jestem zajebiście przystojny, to wystarczy.
-I zajebiście skromny... - bąknął monarcha.
-Skromność nie jest mocną cechą Francuzów, są pyskaci, lubią się wywyższać i... popadać w różnego rodzaju nałogi... - wyjaśnił Faun patrząc jak Faust z upragnieniem wyciąga i zapala papierosa.
-Hej może mój dziadek był Francuzem... posiadam właśnie takie cechy - Necro roześmiał się głośno.
-Skoro mowa o nałogach - wtrącił się spirytysta - ktoś chce papieroska?
-Eee... ja dziękuję, nie lubię - Aren nie skorzystał z oferty.
-Ja prawie nie palę... ale chętnie się napije - wtrącił wampir.
-Zaraz będziemy na miejscu, będziesz mógł pić ile wlezie - odparł Faun.
I rzeczywiście już po paru minutach pojazd zatrzymał się przed wysoką bramą. Nie była zamknięta, toteż niewątpliwie ktoś był w środku. Kiedy cała czwórka przekroczyła więc owe przejście, Konanczycy znów mogli zobaczyć jak mieszka egzorcysta. Nie był to zamek, ale piękna, wielka willa. Głównego wejścia pilnowały dwa lwy wykonane z jakiegoś czarnego kamienia. Barokowe kolumny wspierały balkon w kształcie półkola przyozdobiony marmurową balustradą. Ogromne okna wpuszczały do środka dużo światła. Z boku, co też nie uchodziło uwadze, znajdował się basen. Naokoło budynku, co wydawało się już niemal obowiązkowe, ogród.
-To Twój dom....? Prywatny? - zapytał z niedowierzaniem Aren.
-Nie kurwa publiczny burdel... - skwitował Faust.
-To co Ty robisz w Konanie skoro mieszkasz jak cesarz?! Jakim cudem egzorcystę stać na wybudowanie czegoś takiego?!
-Ależ ja kupiłem gotowy... i to za bezcen praktycznie.
-Kim cudem?
-Powiedzmy, że trochę zaniżyłem wartość tego budynku a właściciele bardzo, ale to bardzo chcieli się go pozbyć i uciec jak najdalej.
-Jak to zrobiłeś? - monarcha spojrzał podejrzliwie na Francuza.
-Domyśl się. Nasłałem na ten dom tyle duchów morderców i psychopatów, że właściciele spieprzyli stąd bojąc się o własne życie. Skoro mam jakiś talent, to przynajmniej z niego korzystam - wzruszył ramionami.
-Jesteś despotą!
-Dziękuję, wiedziałem, że to docenisz.
-A ile masz pokojówek? - zapytał dwuznacznie Necro, jakby myślał tylko o jednym.
-Znajdzie się kilka. Zapraszam - ruszył w stronę drzwi. Nim jednak Faust chociażby chwycił za klamkę, ktoś go uprzedził. Okazało się, że pokojówka. Piękna blondynka o kręconych włosach. Jej uniform BARDZO różnił się od tych, które obowiązywały na dworze Arena. Czarna mini spódniczka z białym tiulem, czarne pończochy, do tego obcisły top bez ramiączek z przeplatanymi po bokach białymi tasiemkami oraz obowiązkowy kapelusik pokojówki. Całość diabelnie seksowna. Makijaż również niczego sobie. Usta umalowane krwistą pomadką, oczy zaznaczone kredką, rzęsy długie i gęste niczym u lalki.
-Bonjour - uśmiechnęła się, głównie do pana domu.
-Bon...jour - wydusił Aren - Jak będzie po francusku "przeżywam orgazm"?
Faust w rozumieniu spojrzał na króla i wskazał go, by pokojówka go obejrzała. - Collegue est un orgasme pour votre point de vue [fr Kolega dostał orgazmu na Twój widok]. - powiedział a dziewczyna wybuchła śmiechem.
-Hę, prawie jak burdel... Czyżbyś zamierzał zawiesić swój celibat? - Necro szepnął do króla.
-Przecież jestem na wakacjach... - powiedział z szerokim uśmiechem patrząc jak zaklęty na pokojówkę po czym w końcu wszedł do środka. - Mówisz po....
-Troszeczkę - odpowiedziała dziewczyna uśmiechając się. - Coś do picia? - zapytała jeszcze.
-Dużo dziewczyn, to znaczy... - poprawił się - dużo wina poproszę! - odpowiedział Necro.
-S'il vous plaît do salonu - pokojówka zaprowadziła ich do przestronnego salonu z widokiem na ogród. - Do wyboru - wskazała na ścianę. Okazało się, że całą ścianę pokrywały regały na wino. Oczywiście prawie wszystkie wnęki zapełnione były butelkami. Wyglądało to bardzo elegancko i gustownie. Po drodze pan domu i jego sobowtór gdzieś zniknęli.
Necro rozglądnął się dookoła. - Nieźle...u nas większy burdel panuje - usiadł sobie miękko w kanapie - Jakieś plany Arenie, co będziemy właściwie tu robić? - zapytał z ciekawością.
-Nie wiem co Ty będziesz robić, ja będę zaliczać - monarcha odpowiedział wprost. Z zainteresowaniem przyglądał się jak inna pokojówka wchodzi do salonu i przebiera w winach. Ta miała drapieżny wygląd. Mocno cieniowane czarne włosy z czerwonymi pasemkami, czarne paznokcie, strój pokojówki taki sam, jak u blondynki. Jej długich, smukłych nóg nie zakrywały pończochy.
-Panowie chcieli się napić jak przypuszczam? - zapytała zaraz po tym jak pękł jej balon z gumy w ustach. - Słabe czy mocne?
-Ostre! - odparł bez namysłu szatyn - To znaczy... ja chcę coś mocniejszego.
-A ja ostre...wino z dodatkiem chili i czekolady. - Necro wtrącił - To znaczy, że nie zamierzasz się ustatkować dalej? - zapytał.
-Nie mam pojęcia... Kyrie jest świetna, ale co jeśli nie jestem tym, kogo szuka? - westchnął - Przez czas naszej nieobecności może sobie znajdzie kogoś, kto bardziej jej się spodoba.
-Wiesz tak sobie myślałem...że ona jest z innego świata...i szuka mężczyzn z innego świata. To tak, jak byłeś w tym obrazie...to był inny wymiar...nie należałeś do niego, nie pasowałeś tam. Może teraz żyjesz tu, aby zacząć całkiem od nowa, odrodziłeś się z własnej woli, żeby tam nie wracać...i znaleźć nowy sens - wampir całkiem filozoficznie to powiedział.
-Eeee...... ćpałeś? - zapytał król. Wtedy też pokojówka przyniosła im dwie butelki wina a wampirowi jeszcze papryczki i czekoladę.
-Coś jeszcze? - zapytała.
-Jesteś piękna, więc może dasz mi całusa? - Aren wyszczerzył się. Dowiedział się, że Francuzki są rozwiązłe. Chciał wiedzieć na ile procent jest to prawda.
-Jasne - kobieta o dziwo pochylił się bez oporów obdarzyła monarchę niezwykle namiętnym pocałunkiem.
-Hm po prostu chciałem zobaczyć, jak zareagujesz - mrugnął mu okiem - ...ale chyba to była dobra reakcja. Już przez jakiś czas bałem się, że zostałeś romantykiem... - zaczął się przyglądać pocałunkowi i dokończył kwestię.
Kiedy pokojówka w końcu oderwała się od jego ust i oddaliła się od nich jak gdyby nigdy nic, Aren spojrzał na Necro - To było świetne, też powinieneś spróbować. A co do tamtego... może i wszyscy wymagają ode mnie tego, żebym się ustatkował, ale mi jeszcze nie to w głowie. Jeszcze jestem młody, chcę korzystać z życia a nie niańczyć swoje dzieci. Dlatego tu przyjechałem... chcę w końcu raz w życiu pozwiedzać, obejrzeć inną kulturę i każdej nocy modlić się o to, żeby nie złapać jakiegoś syfa. Jakby nie było, przyjechaliśmy do miasta grzechu.
-Haha... - generał się głośno roześmiał i odkorkował butelkę. - Ja też jestem młody i mam nadzieję, że Francuzki lubią mężczyzn, którzy jebią winem z czekoladą i chili - wziął porządny łyk trunku - ...a jak nie, to umyję się... po pijaku będę mógł znosić bez mrugnięcia okiem poprawki, jakie chce mi zafundować Faust, co do mojej osoby - dopowiedział.
-Co do kąpieli - wtrącił im się egzorcysta - Może skorzystacie? Za domem, w ogrodzie mam gorące źródła.
-To zależy - odpowiedział monarcha z uśmiechem - Jeśli któraś z Twoich pokojówek umyje mi plecy i nie tylko, to lecę tam w podskokach.
-To, że wszystkie pokojówki w tym domu są napalone nie wątpię. Sheena je wybierała.
-Ano tak, to wszystko tłumaczy. Więc nie wiem jak Ty, Necruś, ja skorzystam z gorącej kąpieli i jakiejś głównie gorącej panny.
Wampir pomachał opróżnioną butelką odbekając sobie - Mam nadzieję, ze po pijaku się nie utopię... A co tam idę! - wziął ze sobą jeszcze dwa wina i poszedł... jakby wiedział, gdzie znajdują się te ciepłe wody.
Wampir znalazł się w ogrodzie całkiem sam. Chociaż rozglądał się, nie umiał doszukać się źródeł.
-Może pomogę? - zaoferował się ktoś nagle. Kolejna pokojówka. Wyglądała bardzo podobnie jak ta, która całowała się z Arenem tyle, że nie miała pasemek. - Szukasz źródeł?
-W sumie... - przetarł pijane oczka - Potrzymaj.. - oddał jej dwie puste butelki.
-Eee... ok - odebrała butelkę - Proszę za mną - poprowadziła go do gorącego źródła otoczonego wysokimi skałami zasłaniającymi przed ewentualnym wiatrem. - Coś przynieść?
-Takie coś, jak masz w ręku, tylko pełne... - pomachał jej palcem - ..A tak w ogóle pięknie pani wygląda Madame - ukłonił się męsko i nawet się nie zachwiał.
-Bardzo dziękuję - odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko. - Jedna butelka jest pełna więc proszę zdjąć ubranie, zaraz podam ją panu do wody.
-Bien Milady - bez wahania zaczął ściągać z siebie ubrania, aż do naga ukazując swoją męską sylwetkę. Stanął przez chwilę i rozglądnął się, nie czuł się niczym ograniczony, jak na własnym kawałku raju. Po chwili jednak wszedł do wody. Zrobił kilkusekundowego nura, aby zmoczyć również włosy, teraz opadały mu na wyrzeźbioną klatkę piersiową. Necro nie musiał nigdy dużo ćwiczyć, większość wampirów, szczególnie tych pierwszej klasy dziedziczyło idealne zdrowe ciało, pełne wdzięku i seksapilu.
-Może.... umyć panu plecy? - zaoferowała się dziewczyna. Nie ruszyła się nawet o krok nie mogąc oderwać od wampirzego mężczyzny wzroku. Dla niej był tak piękny, że miała ochotę rzucić się na niego z pocałunkami. Co jednak najważniejsze, w przeciwieństwie do jej pracodawcy, pana Jerry, on nie był uwięziony małżeńskim pierścieniem...
Nie musiała nic mówić. Chwycił ją silnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. -Które moje oko bardziej Ci się podoba? - zadał pytanie i uśmiechnął się zawadiacko.
-Oba są magnifique - odpowiedziała patrząc na niego. - Podobnie jak ciało, włosy i... wyposażenie.
-Ahh.. - spojrzał się na dziewczynę.. - Twoje też jest niczego sobie...-powiedział mimo, iż te miejsca były u niej zakryte. - No dobra proszę byś umyła mi plecy... - powiedział udając, że się namyśla. Jego policzki były lekko rumiane, a jego ciało robiło się jeszcze bardziej gorące, w żyłach krążył alkohol.
-Jak pan sobie życzy - ukłoniła się lekko i podeszła do małego koszyczka u brzegu źródełka. Z niego wyciągnęła jakiś krem po czym właśnie ową substancję zaczęła wcierać w plecy generała Velborne. Nie była to jednak zwykła, niedwuznaczna czynność. Kobieta przesuwała dłonie z pleców na tors, masowała ramiona, ocierała swoje uda o jego... zachowywała się niczym kocica.
Necro czuł, że się rozpływa... szum w głowie dodatkowo potęgował emocjonalny efekt. Zamknął chwilowo oczy, żeby sobie wyobrazić, co za chwile będzie z tą panną robić. Rozluźnił się w przyjemnościach i....... nagle chlup! Runął nieprzytomnie do przodu, prosto w taflę wody, jakby zasnął.
-Monsieur?! - krzyknęła z zaskoczeniem dziewczyna. Wtedy też na szczęście do źródeł zbliżyli się Faust z Arenem. Trzymali w rękach ręczniki. Byli o wiele przezorniejsi niż wampir.
-Gdzie Necro? - zapytał król widząc w wodzie tylko zszokowaną pokojówkę.
-Ten monsieur... jest pod wodą....
-Podwodna minetka? - zaciekawił się władca - Ten to ma wyobraźnię - pokiwał głową w uznaniu.
-NIE! On... chyba stracił przytomność! - zanurzyła ręce w wodzie, by spróbować wytargać krwiopijcę nad wodę.
-Jest nagi? - zapytał Faust.
-Taaak?
-Aren, to Twój kolega, sam go ratuj. - spirytysta wzruszył ramionami.
-Neeeecro! - młodemu monarsze nie trzeba było powtarzać. Wskoczył do wody i zaczął pomagać kobiecie.
Po chwili wampir był już na powierzchni, otrząsnął się i ziewnął - Opss chyba mi się zasnęło... - rozglądnął się po wszystkich.
-Monsieur, wszystko w porządku? - kobieta spojrzała na niego troskliwie.
-Chyba zamiast się tu wylegiwać, powinieneś iść spać.... - podsunął Francuz. - Albo napić się kawy.
-Miałem się umyć i ubrać... - Necro próbował sobie przypomnieć kolejność. - ale w sumie mogę iść spać, ale nie lubię chodzić sam, bo boję się ciemności... - zaczął kręcić.
-To może ja pana odprowadzę? - pokojówka była w tym wypadku pierwsza do pomocy.
-Szczerze mówiąc ja również przemyję się szybko i idę spać... - przyznał Aren - Ta podróż była wykańczająca... i jeszcze ten obiad...
-Nie ma problemu. - Faust wzruszył ramionami.
-Ale chyba nie ze mną... - Necro wyszedł nagi z wody i chwycił za ręcznik, który przyniósł sobie Aren. Tylko zamiast wycierać sobie ciało, zaczął od głowy.
-E z Tobą nie... preferuję osobniki z pochwami - odparował król.
-Weś się stary przebiegnij na tak golasa po moim ogródku, może owady się spłoszą. - dopowiedział egzorcysta do wampira.
-Bezguście, zmyj tapete z twarzy... - Necro się odgryzł, wziął rzeczy do jednej ręki i poszedł w swoją stronę.
-Monsieur, proszę poczekać na mnie! - pokojówka pobiegła za nim.
-I jednak tyra z gołym tyłkiem po Twoim ogródku - Aren sie zaśmiał.
-Miałem nadzieję, że nie będzie tego robić, Sheena napewno wyczuje to, że na terenie naszej posesji chodzi facet bez majtek. - wzruszył ramionami.
-Tak w ogóle to gdzie ona jest?
-Śpi na piętrze. Wolałem jej nie budzić... i tak przeżyje szok jak nas zobaczy.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Faun




Niecały tydzień po przybyciu Fauna wszyscy byli gotowi do wyjazdu. Mimo, że do urodzin pozostał jeszcze tydzień, zdecydowano się, że wyruszą wcześniej by mieć jeszcze czas na zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Pogoda zdawała się być idealna na podróż, król również czuł się o wiele lepiej. Dante, co jasne, z ochotą podjął się misji zastąpienia brata na czas jego nieobecności.
Spotkanie wszystkich podróżnych wyznaczono o 12.00 w południe na dziedzińcu. Dwaj identycznie wyglądający mężczyźni czekali na Konanczyków.
-Jesteśmy! - zakomunikował Aren. - Gdzie macie te swoje gryfy? W ogóle ich nie widziałem a obiecaliście, że będziemy na nich jechać.
-Zaraz się tu zjawią. Uznaliśmy, że lepiej będzie, jak poczekamy na was przed ich przybyciem. Widok takich stworzeń byłby zbyt dużym szokiem dla dworu jak sądzę. - oświadczył Faun.
-Necro, podróżowałeś kiedyś na gryfie albo widziałeś gryfa? - zaciekawił się Faust.
-Raczej wątpię, żeby była okazja, skoro nigdy nie posyłałem go do Galli... mój ojciec również - mruknął Aren patrząc na przyjaciela.
-Hej nie odpowiadaj za mnie! - oburzył się jak dziecko. Po chwili spoważniał - Nie...nie robiłem tego.. - powiedział z przejęciem. Tekst i forma przekazu zwaliła wszystkich z nóg... to było przekomiczne w jego wykonaniu.
-Robi wam jakąś różnicę, z którym z nas pojedziecie na gryfie? - zapytał dla pewności egzorcysta. - Dostosujemy się.
-Yyyy Faun, a jakich perfumów używasz? - wamp zapytał podchwytliwie.
-"Luxure" - odparł demon. - Ale dlaczego pytasz?
-Nazwa i tak nic mu nie mówi. Dobra tam, Aren, lecisz ze mną, Necro z Faunem. Pasuje, czy chcecie na odwrót?
-Mi w sumie pasuje... - bąknął władca.
-Dobra, lecisz z boberkiem, a ja z luxusem... - oznajmił głośno Necro klepiąc Arena po plecach.
-Boberek? - Faust skrzywił się troszkę.
-Zmiana tematu - ogłosił Aren. - Gdzie gryfy? - zaczął się niecierpliwić jak dziecko, które zmuszone jest czekać na prezent.
W tym momencie obaj Francuzi włożyli sobie po dwa palce do ust i zagwizdali głośno. Parę sekund potem Aren spojrzał pytająco na Fausta.
-I gdzie te gryfy? - zapytał sarkastycznie. Wtedy też po niebie rozległ się przeraźliwy ryk, przypominający ten wydawany przez lwy. - B...boję się... - wyznał cichutko monarcha kryjąc się za wampirem. W przestworzach, pomiędzy chmurami, zaczęły formować się dwie wielkie postacie, które obniżały swój lot. Kiedy wylądowały na środku dziedzińca, zaczęły budzić zarówno podziw, jak i przerażenie. Stworzenia te, wysokie na pięć metrów a długie na około osiem miały głowy, przednie kończyny i skrzydła orłów. Ich tułowia i ogony były podobne do lwich, tyle, że porośnięte gęstszym futrem, niczym lwie grzywy. Ostre dzioby aż prosiły się by wyobrażać sobie, co mogłyby zrobić nieostrożnemu człowiekowi.
-I jak podoba się wam nasz środek transportu?
-Przerażający! - wyznał Aren bez ogródek.
-Wygląda trochę jak przerośnięty gołąb pocztowy, któremu ktoś zmasakrował pysk.. - uspokoił Arena żartem. - Przede wszystkim trzeba się zaprzyjaźnić.. - zasadził i podszedł do wspaniałego stworzenia. Po czym wyciągnął z kieszeni dwa zdechłe szczury - Znalazłem w lochach, leżały obok trupków. Musiały się zatruć, jakimś gównem. Bon Appetit! - rzucił francuszczyzną podrzucając im smakołyki pod nos. - I co? Sprawdzałem w słowniku, jak jest "smacznego". Widzicie przygotowałem się na ta podróż. Zasługuje na pochwałę.... a tak w ogóle muszę sobie wyprać kieszeń.. - spojrzał na miejsce w którym chował zdechlaki.
-Owszem, zasługujesz na pochwałę. Tobie też rzucimy jakieś dwa zdechłe szczury. - mruknął Faust.
-Tak przy okazji, przygotowaliśmy im jedzenie - dodał Faun wskazując na dwie duże michy przykryte płachtami.
Jeden z gryfów uważnie przyjrzał się wampirowi i ruszył na przód. Wydawało się, że stwór chce zrobić coś krwiopijcy, ale zamiast tego pochyliło wielki łeb i wsunęło haczykowaty dziób do kieszeni krwiopijcy.
-Il n'y a rien [fr. Tam nic nie ma] - powiedział egzorcysta do gryfa, przez co potwór wycofał łeb. Wtedy też Faun odkrył płachty i podsunął wielkie misy istotom. Widok, z jaką łatwością radziły sobie z wielkimi kawałami mięsa i kośćmi, budził grozę. - Dopóki nie wyczują, że stanowicie dla nich zagrożenie, nic wam nie grozi. - dodał uspokajająco Francuz.
-A ja myślę, że bardziej lubią zdechłe szczury niż pierwszorzędne mięso - Necro przysiadł na ziemi, czekając aż stwory się najedzą i wezmą ich wreszcie w tą oczekiwaną podróż do Galii.
-Akurat gryfom to obojętne. W dziczy gryfy polują na wszelkiego typu zwierzęta, począwszy od myszy a skończywszy na bizonach. - przyznał Faust. Miski powiały pustkami już po paru krótkich minutach. - Wsiadacie pierwsi. - oznajmił jeszcze po czym zagwizdał krótko - oba stwory wyłożyły się na ziemi, przez co można było na nie wsiąść. - Zapraszamy, wy usadźcie się na przodzie.
Aren jako pierwszy podszedł do stwora. Nie mógł jednak przemóc lęku i w końcu Faust sam zatargał go na grzbiet a sam usiadł za nim. Okazało się, że siedzenie na takim stworzeniu jest o wiele bardziej komfortowe niż na koniu.
-Mam nadzieję, że nie spadniemy podczas lotu...
-Spokojnie, żebyście poczuli się pewnie, najpierw wyjdziemy spacerem w pola, a na nich wystartujemy. - oświadczył demon.
-I tak Wam nie ufam.... - westchnął wampir chcąc wzbudzić w Arenie jakaś obawę.
-Neeecro! Wsiadaj na te bydle bo w końcu nigdzie nie pojedziemy - młody szatyn skulił się a Faust westchnął jedynie.
Generał wreszcie wlazł na stworzenie i uderzył je swoimi piętami, jak konia.... tak, że gryf gwałtownie się zerwał. - Yuuuhu! jaka zabawa! - krwiopijca pomachał do monarchy na do widzenia.
-Trzymaj się. - uprzedził egzorcysta po czym puścił gryfa pędem za Necro.
-Rzeczywiście... trzeba przyznać, że dobrze się na tym siedzi... - król zagadał do Francuza.
-Mówiłem, że nie ma obaw. - wzruszył lekko ramionami. Dotarli na wielkie pola, opuszczone przez ludzi. - Gotowi polecieć, czy jeszcze chcecie się "zapoznać" z transportem? - spytał, głównie kierując słowa do generała Velborne. - Jeśli tak, daj Faunowi znać.
-Lecimy...! - odparł bez zastanowienia.
Wtedy też obaj identycznie mężczyźni trzy razy stuknęli piętami o gryfy. Był to dla nich znak do startu. Oba stworzenia rozłożyły ogromne skrzydła o ponad sześciometrowej rozpiętości każde. Początkowo, oba ruszyły truchtem, które dla konie byłoby już galopem. Następnie do biegu z zawrotną prędkością. Król niemalże wcisnął się w siedzącego za nim Fausta. W jednej chwili oba uniosły skrzydła do góry i gwałtownie nimi zatrzepotały. Zaczęły wzbijać się w powietrze. Cała czwórka pasażerów poczuła dziwny skurcz w brzuchu. Gryfy wyrównały lot dopiero wtedy, kiedy były już ponad dwa kilometry nad ziemią. Ich szybkość była wręcz niewyobrażalna. To na pewno nie mogło równać się z podróżowaniem na koniu. Dzięki masywnym głowom potworów wiatr nie wiał nikomu w twarze. Zamiast tego towarzyszyło im bardzo przyjemne uczucie lekkości i wolności w przestworzach. Do tego niezwykłe widoki z góry.
-To jest fajniejsze niż się spodziewałem na początku... - zdawało się, że władca Konanu całkowicie wyzbył się lęku.
-Tak, tylko pomyśl o tym, jak muszą bać się ludzie, którzy mają lęk wysokości - zażartował Faun.
-Ahoj ludzie! - Necro zaczął machać do przypadkowych gapiów. - A może się ścigamy? - rzucił do Fauna.
-Co Ty na to, Faust? - demon spojrzał na swój pierwowzór.
-Ni widzę problemu, gryfa naprawdę ciężko zmęczyć a coś, do dla nas będzie rozrywką, będzie też szybszym dotarciem do celu - odpowiedział.
-Ej ale... czy to bezpieczne? - wtrącił się Aren.
-Jasne, odrobinka sportu nie zaszkodzi. Tylko trzymaj się mocno.
Podróż zajęła im niespełna dwa dni, tak jak przewidywał Faun. Dzięki owej wycieczce, młody król zobaczył więcej widoków w dwa dni niż przez całe swoje życie. Minęli morze, wielkie lasy, widzieli niezwykłe wodospady... kiedy już docierali do celu, zdecydowano ostatecznie, iż wylądują koło rodzinnej posiadłości rodu Jerry, by zjeść porządny posiłek. Minęli więc las... ich oczom ukazał się zarys ogromnego Paryża, nad którym królował symbol miasta - wieża Eigella. Nie lecieli jednak do serca miasta, a na przedmieścia.
-Jesteśmy na miejscu - oświadczyli w pewnej chwili "bracia". Kiedy Aren i Necro spojrzeli pod siebie, ujrzeli budynek z czterema strzelistymi wieżami. Zewnętrzne mury, wykonane z białego marmuru przyozdabiały rzygacze i gargulce. Wiele okien zastępowały rozety, liczne były również ozdobne witraże... mimo, że zamek nie był ogromy, na pewno był przepiękny... w dodatku otaczały go wielohektarowe ogrody o bardzo regularnych kształtach.
-Lądujemy tam - dodał również Faust wskazując na otoczony wysokim ogrodzeniem plac. Skrzydła obu gryfów zmieniły pozycję, zaczęli zwalniać i opadać powoli na ziemię, by w końcu łagodnie wylądować na ziemi.
-Jak podobała się wam wycieczka? - zapytał Faun spoglądając na obojga Konanczyków.
-Było zajebiście! - król nie krył ekscytacji. - A ten zamek do Twój dom?
-Yhym.. może nie jest tak wielki jak Twój, ale większego nie potrzebujemy. I tak w niektórych pokojach zalega kurz.
-Mając taki zamek........do licha! Co ty Faust robisz u nas!? - oburzył się Necro widząc bogaty przepych.
-Wiesz, czasem przydaje się trochę.. jakiejś odmienności. - wzruszył ramionami. - Wchodzicie, czy będziecie się tak gapić? Jest pora obiadowa.
-Ee.. ja mam tylko pytanie... mam nadzieję, że nie będziemy przez dwa tygodnie jeść żab? - wtrącił się Aren.
-Bez obaw. Mamy też ślimaki - uśmiechnął się egzorcysta.
-I co w tym złego Arenie... nawet nie wiesz ile żab, ślimaków i robaków podrzuciłem Ci do żarcia - Necro wzruszył ramionami.
-PRZYJECHALI! - dziecięcy głos dobiegł zza ich pleców. Ku ich oczom stanęła bogato ustrojona, w różową sukienkę i kokardki, dobrze im znana Renee Jerry. - Wow niesamowite! Jesteś przystojny! Wyjdziesz za mnie? - podeszłą do króla Arena.
-Eee... ee... mam już narzeczoną - wyszczerzył się w zakłopotaniu.
-Renee, dlaczego nie jesteś w szkole?! Daj im odsapnąć albo wrzucę Cię do lochów i nie wyjdziesz z nich do czasu naszego odlotu - fuknął rozgoryczony Faust.
-Narzeczona to nie żona, jasne? - syknęła - A ty bracie nie rób scen, bo poskarżę się mamie.. - pokazała mu język. Nagle też rzuciła się na Arena i przytuliła się mocno do jego ramienia. Necro tymczasem cały czas był odwrócony plecami, aby mała przypadkiem nie zmieniła swojego idola.
-Teraz się mała ździra rządzi bo jest u siebie... - mruknął z niezadowoleniem Faust. - Necro idziemy, jak się nim znudzi i wymiętoli go, to Aren do nas dołączy. - ruszył wraz z Faunem w stronę zamku.
-Hej zaraz, nie zostawiajcie mnie tu! - pisnął władca - Renee, ostatnio jak się widzieliśmy, to Ci się znudziłem, pamiętasz? Może... może znajdziesz sobie młodszego?
-Ale ja lubię starych i bogatych. Szybko umrzesz... i wtedy znajdę następnego. Mama nauczyła mnie, co to znaczy myśleć ekonomicznie... - uczepiła się mocniej i nie zamierzała puszczać.
-Nara Aruś, ja idę na smażoną żabę w bagietce! - Necro już był daleko, monarcha nawet nie zauważył, kiedy jego generał się oddalił.
-Ale ja jeszcze nie wybieram się do grobu! - wreszcie się jej wyrwał. - Czekajcie na mnie! - ruszył pędem w stronę Necro i pozostałych.
-Nie martw się, do godziny powinna się Tobą znudzić - mruknął Faust.
-Godzina?! To o wiele za długo!
-Hej, nie myśl, ze będę Cię przed nią chronił... też jestem na wakacjach... - wamp zrobił obrażoną minę.
-Hej, poczekajcie na mnie! - wrzasnęła Renee.
-Kurwa, biegiem! - Necro się zerwał, jak oparzony, a reszta za nim. W końcu zgubili dziewczynkę, w którymś z korytarzy. - Jestem już za stary na takie harce... - odetchnął z ulgą kolorowooki przyjaciel Arena.
-Za stary? Jak na wampira to Ty gówniarz jesteś... - dosadził egzorcysta. - Czuję zapachy z kuchni - ruszył przed siebie. Dopiero teraz Aren i Necro mogli rozejrzeć się spokojnie po korytarzach. Dla wampira od razu kojarzyły się z wnętrzem pałacu Dragonera. Barokowy przepych gdzie tylko nie spojrzeć. Kryształowe żyrandole, mosiężne ramy i ozdóbki...
-Twoja rodzina musi być nieźle nadziana... - przyznał Aren.
-Te rzeczy są tu kolekcjonowane od przeszło trzystu lat, więc się tego nazbierało - odparł jedynie spirytysta - Maaamo? Jesteś tu?
-Ech...to mi daje do myślenia, że powinienem wreszcie zebrać te pajęczyny gromadzące się w Delightshire... - westchnął blondyn o wampirzym pochodzeniu.
-Taaaak! Tutaj mój syneczku - zza rogu wyłoniła się właścicielka orzechowych oczu, Belle. - Mój ty synusiu, jak ja za Tobą tęskniłam... - na początku skupiła się tylko na rodzinie. Niestety zaczęła obcałowywać Fauna.
-Mamo, tutaj jestem, migdalisz demona... - bąknął Faust - Ale lepiej zamiast mnie cmokać jak przedszkolaka, powiedz co jest na obiad. A oni - wskazał na Arena i Necro - to król i generał Konanu.
-Eeee.... miło mi poznać... - władca wpatrywał się w obcą kobietę z nieukrywana fascynacją. Była naprawdę piękna a loki, o które musiała bardzo dbać, sięgały jej za pas... od razu kojarzyła mu się z Arielem.
Belle wzięła wdech powietrza nosem - Faktycznie, pomyliłam Ciebie - uśmiechnęła się kłopotliwie.
-Piżmo bobra... - powiedział cicho Necro.
-Uuuuu, a więc to są Twoi koledzy! Brakuje im trochę stylu, mon Dieu... ale całkiem fajne z nich przystojniaki.. - przyglądnęła się im z wrodzoną sympatią.
-Jaka bezpośrednia... - westchnął cichutko wamp.
-A ten tutaj, chyba stało mu się coś w oko.... Trochę śmiesznie wygląda, ale 10 punktów za wizerunek... - roześmiała się na widok twarzy lorda Velborne.
-Jaka okrutna.... - blondynowi z Konanu opadła szczęka. - To musi być matka Fausta.. - rzekł sam do siebie.
-A ten tutaj - podeszła do Arena - Myślałam z daleka, ze to dziewczyna... - powiedziała całkiem szczerze. - Na obiadek... żeberka w marynacie sojowo-imbirowej, szparagi, krem z cukinii, surówka z cyrkonii i łosoś zawijany w ciasto francuskie do wyboru - grzecznie drygnęła przed gośćmi.
-Tak, tak, jest prawie tak dziewczyński jak Arielka - Faust poklepał władcę po ramieniu. - Ach Necro i nie kombinuj z żartami względem mojej mamy... świetnie gotuje, ale jeśli ją zirytujesz, możesz nie przeżyć jakiegoś posiłku.
-Dlaczego? - zaciekawił się król.
-Kiedyś pracowała jako skrytobójczyni. Ekspertka od trucizn...
-Proszę tędy... - poprowadziła do jadalni malowanej na kolor biały, zdobionej na ścianach półnagimi postaciami. Na długim stole już leżały świeżo przyrządzone potrawy, jakby dopiero co je ktoś tu przyniósł, parowały gorącem i zapachem.
-Oooo aż chce się jeść! - Necro rozglądnął się po ścianach, gdzie gościły postacie ludzi.
-Prawda, że pięknie? Mąż zaprojektował. Bon Appetit moi drodzy - gospodyni usiadła na środku, tuż obok Fauna.... chyba znowu chwilowo zapomniała, który to który. Demon zerknął tylko na kobietę i westchnął cicho. Wszyscy nabrali sobie jedzenie i zaczęli posiłek.
-Widzę, że tu cała rodzina jest bardzo utalentowana - zagadnął król również oglądając kuchnię - Zupełnie inny styl, niż u mnie w zamku...
-Każdy kraj ma jakiś odmienny styl - przyznał spirytysta - Od razu widać, że raczej nie podróżujesz...
-Wiesz, że moje możliwości.. są dość ograniczone... - Aren się napuszył.
Necro wybuchnął na to śmiechem, aż nie wiadomo, o na które słowo tak radośnie zareagował.... można było się tylko domyśleć.
-Jest pan bardzo wesoły, monsieur - powiedziała blondynka z falami loków.
-I bardzo.... - wamp szybko otworzył słownik, przewertował. - ..romantique - dopowiedział.
-Ojej...mon Dieu - kobieta się zaczerwieniła z uznaniem mimo, iż akcent gościa był kiepski.
-Do czego to doszło - westchnął Faust - wampir mi matkę podrywa... Necro, moja mama ma męża.. poza tym nie chciałbyś mnie za syna - zaśmiał się.
-Niech ćwiczy - wtrącił się Aren - Co szkodzi, żeby trochę poćwiczył język, jeśli potem wyjdziemy w miasto..
-Niby prawda - Faun skinął głową po czym wgryzł się w soczyste żeberka. - Potem nauczymy was przeklinać tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś na mieście chciał was obrazić.
-Rozumiem, dla mnie to bardziej zadanie siłowe, niż językowe - odpowiedział wampir, myśląc o wypadzie do prowincji.
-Wiesz, Francuzi bardziej doceniają siłę ciętej riposty niż używania siły tak na co dzień... - podsunął Faust.
-Słowo żywe ostrzejsze niż miecz..... - dodała blondynka. - Ojej Fauście pobrudziłeś się synku.. - Belle wzięła serwetkę i otarła usta Fauna z okruszków.
-No ja nie jestem pewien, czy nie zadał bym większych obrażeń mieczem obusiecznym... w przeciwieństwie - Necro zaczął szukać w słowniku - ...do użycia jakiegoś..."merde".
-Ach to takie... doux, gdy pan tak nieumiejętnie posługuje się francuszczyzną - kobieta wyraźnie była oczarowana, sposobem wymawiania słów przez wampira.
-Mamo, mam 25 lat, rozumiem, że jestem Twoim "małym synkiem", ale takie numery to może tylko z Arielem... - mruknął egzorcysta zamiast Fauna. - Poza tym Necro właśnie mi przyszło do głowy, że na mieście faktycznie możesz mieć powodzenie. Francuzom podobają się wszelkiego rodzaju awangardy w wyglądzie, a różnobarwność Twoich oczu rzeczywiście może spodobać się Francuzkom.
-A masz ciemne okulary...? - wamp westchnął ciężko wyobrażając sobie tłum kobiet typu Renee.
-Nie martw się, moja siostra jest... wyjątkowa... - od razu domyślił się o co chodzi krwiopijcy. - Ale zanim wyjdziemy na jakiś spacer, obowiązkowo do sklepu, wyglądacie jak menele...
-Chyba nie jest aż tak źle.... - Aren podrapał się po głowie.
-Co na obiad? - dobiegło nagle z korytarza. Do kuchni wszedł mężczyzna, równie wysoki co Faust, bardzo do niego podobny tyle, że z zarostem. Jego włosy również zaczynały powoli siwieć, chociaż nieznajomy na starego nie wyglądał. Spojrzał na wszystkich siedzących przy stole. - No proszę.... miło mi Cię widzieć synu... widzę, że przyprowadziłeś również znajomych.... przy czym wyjaśnijmy sobie coś. Rozumiem, że czasem przytargasz tu jakieś zwierze potrzebujące opieki, ale to - wskazał na obcych - to już przesada. Zrozumiałbym, jakbyś przyprowadził do domu striptizerkę, prostytutkę... ale bezdomni?
-Mon Dieu, kochanie, czy ten monsieur wygląda Ci na bezdomnego... - złapała za twarz Necro, aby pokazać jego czerwono - żółte oczka.
-Hej chwilunia, nie jestem zabawką.. - chrząknął cicho wamp.
-Jasne włosy, przystroić go trochę i wygląda prawie, jak Twój syn.. - dodała po chwili.
-Nie, nie chce być Waszym synkiem! - generał wstał, jak oparzony.
-A ten drugi, jak nałożymy perukę to generalnie jest bien! - wskazała na Arena.
-Ani ja nie chcę, żebyś był moim "synkiem"... - mruknął ojciec Fausta. - Belle, przestań niuniać tych facetów jak małe dzieci, ich matki już dawno przestały zmieniać im pieluchy, Ty nie możesz się tego wyzbyć. Może chcesz kolejne dziecko?
-Kolejnego Ariela lub Renee? - egzorcysta oderwał usta od kieliszka z winem - Nawet nie próbujcie. Na każdą rocznicę, urodziny, cokolwiek posyłam wam wielką paczkę prezerwatyw, jeszcze nie umiecie zrozumieć aluzji?
-Jest aż nazbyt dosadna, synu - odparł jego rodziciel. - W każdym razie kim są Twoi znajomi, jeśli nie bezdomnymi w co zresztą nie umiem uwierzyć?
-Król i generał Konanu - padła odpowiedź.
-Przypuszczam, że ten to generał - wskazał na wampira - a ten to król. - skierował palec w stronę Arena.
-Czyżbym aż tak wyróżniał się królewskim rodowodem? - właściciel warkocza choć raz chciał poczuć się lepiej niż jego przyjaciel.
-Nie, Ty w przeciwieństwie do kolegi wyglądasz jak pieszczotliwy niuniek. Więc z logicznego punktu widzenia wychodzi, że generał raczej nie będzie niunią... - głowa rodziny Jerry znokautowała słownie władcę Konanu.
-Widzisz Aren, pewnie się cieszysz, że masz prawdziwego mężczyznę przy sobie...takiego, jak ja. I apropos myślę, że nie będę mieć z nikim problemów - wamp powiedział myśląc teraz o Sheenie - ..jeżeli będę wyglądał, jak bezdomny.. - mruknął.
-Nie ma mowy, żebym puścił Cię tak na miasto.. - westchnął spirytysta - Potem poszukam w swoich ciuchach czegoś, co mógłbym wam dać...
-Tak w ogóle, będziecie u nas gościć przez te parę dni? - zaciekawił się ojciec.
-Ee.. w sumie to sam nie wiem... - Aren pomyślał ze zgrozą o Renee.
-Macie jeszcze dużo czasu do namysłu. Tak przy okazji, jestem Charles - przedstawił się ojciec Fausta.
-Mało... francuskie imię - przyznał władca Konanu.
-To tylko taki... międzynarodowy skrót. Tak naprawdę mam na imię Charleroi.
-Eee... tak... bardzo francusko.. he...he...he... łamanie języka.
-Dlatego w kontaktach międzynarodowych używam tego uproszczenia.
-Wreszcie Cię znalazłam! - dziewczęcy głos Renee przeszył całą salę. Dziewczynka w kokardkach i ekstrawaganckim stylu uwiesiła się na szyje Arena, pokazując szeroki uśmiech, jako oznakę zwycięstwa.
-Zadam głupie pytanie.... Jakie są TYPOWE Francuzki? - Necro zapytał z wykazując pełną ciekawość.
-Mon Dieu, ten panicz szuka tutaj femme. jak cudownie! Musimy tym bardziej o pana zadbać, monsieur. Na szczęście Faust się tym wszystkim zajmie... spróbowałby tylko nie.. Prawda mój mężu? - matka poklepała Fauna, jakby to on był jej synem i spojrzała na swojego lubego oczekując potwierdzenia.
-Jaaasne... tylko dlaczego wciąż rozpieszczasz Fauna? - Charles skrzywił się - Ale odpowiadając na pytanie... typowa Francuska jest elegancka, ale z drugiej strony to napalone kusicielki. Dlatego mamy w Paryżu mnóstwo nocnych klubów, w którym kobiety próbują zarwać facetów na szybki numerek w kiblu.
-Coraz bardziej mi się tu podoba... - Aren się zasłuchał.
-Powiem jej wszystko.. - Necro ze złośliwością stuknął go w ramię.
-Paris, to miejsce zdrad i romansów... - westchnęła głęboko Renee i pocałowała w policzek króla Konanu.
-Wtedy ja powiem wszystko Rosie... - prychnął monarcha.
-Przecież Rosa już sobie nocuje z Eirenem, co ją obchodzi Necro? - podsunął Faust.
-Właśnie.. - potwierdził wamp. Chwila ciszy... - Że co żeś powiedział?! - oburzył się reagując z opóźnieniem.
-No Rosa już zaprasza Eirena do siebie na nocki, więc... kto wie. Nie dopytywałem duchów, co tam robią... może bara-bara a może grają w warcaby? Nie wtrącam się.
-Ten gówniarz miał już jechać do domu! - spojrzał z pretensjami na Arena.
-A właśnie panie Necro.. - Belle mrugnęła rzęskami i wyciągnęła jakiś notes, gotowa do zapisywania. - Jakie kobiety pan lubi? - zapytała prosto z mostu.
-Eeee...yyyyy...zejdźcie ze mnie! - ścisnął pięści w pełnym zakłopotaniu.
-Mamo, przestań - Faust spojrzał na matkę - Necro nie przyjechał tu poznać miłość życia tylko parę ździr na piętnaście minut do kibla - powiedział bez ogródek.
-Takich Ci nie zabraknie - dorzucił Charleroi.
-Ale nie zrozumiałeś mnie kochanie, taki dorosły mężczyzna powinien sobie znaleźć kobietę na zawsze.... Zanim się zestarzeje.. - zasugerowała, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, a już zwłaszcza sam Necro. - Powiedziałam coś nie tak? Pardon - Belle nie zrozumiała ich reakcji.
-Kochanie, Necro się nie zestarzeje - powiedział ojciec egzorcysty do małżonki - Koleś co chwilę rozdziewa paszczę, żeby coś przegryźć i jeszcze nie zauważyłaś, że to wampir? Ach! Teraz mi się przypomniało... to pewnie Ty zabiłeś Tartarusa?
Aren słysząc to pytanie, zresztą podobnie jak krwiopijca o mało się nie zadławił. Przecież ten fakt był tajemnicą. - Skąd pan to...?
-Od Fausta. - odpowiedział.
-He?! Faust!?
-Ja słyszałem od Twojej mamy - francuski blondyn wzruszył ramionami - Spokojnie, przecież nie mam zamiaru wylecieć na ulice i wrzeszczeć na całe gardło, że kazałeś wampirowi ukatrupić ojca. To tajemnica, nie mam zamiaru jej rozpowiadać. Poza tym nie dziwię się, że wydałeś taki rozkaz. Gdybym ja miał tak popierdolonego starego, też bym kazał go zabić.
-Mam nadzieję, że mnie słuch zawodzi - Charles spojrzał groźnie na syna.
-Maaamo, ojciec zabija mnie wzrokiem - poskarżył się Faust.
-Kochanie... - Belle spojrzała wzrokiem zabójcy... - Urwać Ci jaja przy samej dupie? - zapytała.
-No co, gówniarz grozi mi śmiercią! - wskazał na Fausta.
-To demon, Faun! Nasz syn nigdy by nie mógł - dumnie odpowiedziała. Necro omal na te słowa nie spadł z krzesła.
-Ale tak naprawdę to ja jestem Faun - w końcu demon siedzący obok kobiety odezwał się - Znowu nas pani myli... ten na przeciwko to Faust.
-Właśnie zaprzepaściłeś mój spokój - westchnął Faust.
-Następną wypłatę zainwestuję w okulary dla Ciebie... - bąknął Charleroi.
-Mon Dieu, to nie moja wina, że ciągle się zamieniają miejscami.. - oburzyła sie wytwornie.
-Powinnaś na ślepo ich rozpoznać, przecież jesteś matką. - Charles spojrzał z wyrzutem na żonę - Ten wężowooki to demon a drugi to Twój syn. Faust, gdzie masz Schroedera, przynajmniej po tym matka mogłaby Cię poznać.
-Eee... spóźnił się na wylot, pewnie potem doleci - odparował egzorcysta. - Wszyscy pojedzeni?
-Ja bardzo, chyba pójdę do swojego pokoju i prześpię te całe ferie.. - odpowiedział Necro
-Jeśli chodzi o łóżko, już Ci pościeliłam ukochany. Mamy dużo miejsca.. - Renee spojrzała głęboko trzepocząc rzęsami w oczy monarchy.
-Eeee... Faust, wspominałeś coś, że masz dwa domy w okolicy? - Aren zrobił wielkie oczy w kierunku spirytysty.
-Taa.. przypuszczam, że chcesz zatrzymać się w jednym z nich?
-I to bardzo... - z przestrachem spojrzał na Renee. - A Ty co o tym myślisz, Necro?
-Ale niech będzie szczupła, delikatna, a jednocześnie ma ognisty charakter. Przenikliwe oczy mądra, różane policzki, jasna cera, długie noogi.... no tak, jak wróżka - Necro z przejęciem opisał, co mu w głowie siedziało.
-Mógłbyś powtórzyć ostanie słowo? - Belle nie dosłyszała próbując wszystko zanotować.
-Ech nieważne... - lord westchnął głęboko.
-Właśnie opisałeś trzy czwarte francuskich kobiet - Faust wzruszył ramionami - Więc będziesz miał w czym przebierać.
-Czemu w Konanie nie jest tak idealnie... - popatrzał z pretensjami na właściciela długiego warkocza.
-Zamiast patrzeć na mnie, fochaj się na kobiety rodzące brzydkie dzieci - fuknął Aren. - A teraz... jeśli moglibyśmy przeprosić, chętnie przeniesiemy się teraz do domu waszego syna... nie chcemy się tutaj narzucać. - powiedział do państwa Jerry.
-Uciekajcie póki możecie - podsunął im Charles z dziwnym błyskiem w oku.
-Ale odwiedzajcie nas często... - Belle mrugnęła do nich dwuznacznie.
Charleroi spojrzał na swoją małżonkę po czym na gości - Właśnie dlatego powinniście uciekać... bo potem już was nie wypuści ze swoich szponów.
-Dziękujemy za radę - Aren podrapał się po głowie. - Macie może jakieś konie... albo coś?
-Wiedziałem, że będziecie chcieli się stąd urwać, dorożka już powinna czekać. Kazałem ją przygotować jak zobaczyłem dwa gryfy w ogrodzie. - podsunął ojciec Fausta.
-A więc zapraszam do mnie - egzorcysta podniósł się. - Faun, Ty też idziesz?
-Jasne, chociażby po to, żeby powylegiwać się w ciszy na hamaku - demon ziewnął i wstał.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Faun, Renee




Dwie bliźniaczo podobne postacie zniknęły gdzieś razem, kiedy tylko na chwilę spuszczono ich z oczu. Aren poszedł więc do salonu, by na spokojnie przemyśleć kwestię wypadu do Galli. Fakt, że jego zdrowie znów było niepewne zniechęcało go. Poza tym czuł się odpowiedzialny za Kyrie i nie mógł jej zostawić. Z drugiej strony, gdyby zabrał ją ze sobą, nici z kawalerskich wypadów do miasta grzechu, jak często określano Paryż. Westchnął z trudem patrząc na płonące bale drewna w kominku, okryty kocem i popijając grzańca. W pewnej chwili usłyszał, że do pomieszczenia ktoś wchodzi. Jak się okazało, był to Necro niosący na barana Lilith, śpiącą jak kamień.
-Wymęczyłeś dziecko jak widzę...
-Nie, nic jej nie zrobiłem, to była tylko zabawa.. - chrząknął i usadowił małą w fotelu, sam zaś przysiadł na podłogę.
-No mi chodziło o zabawę... nie myśl, że za każdym razem podejrzewam Cię o jakieś zbrodnie - podrapał się po policzku - Naprawdę chciałbyś pojechać do Francji na tą imprezę?
-Nie, ale ktoś musi Ciebie pilnować - zażartował. - Poza tym mam obawy przed spotkaniem z Sheeną - westchnął garbiąc się, jak dziadek.
-Dlaczego? Bo Faust sobie przypomni i Cię rozszarpie? To sukub, więc to nie Twoja wina...
-A jak znowu będzie pchać mi się do łóżka?
-Ja bym się nie obawiał tego, a raczej samego pożarcia. Ja chciałbym przeżyć taką przygodę z demonem seksu jeśli miałbym pewność, że przeżyję.
-Podpowiem Faustowi, aby Ci pomógł... - Necro odpowiedział mu złośliwie.
-Nawet nie próbuj! - młody monarcha zatrząsł się na samą myśl o konfrontacji z egzorcystą. - Podobno Rosa przeszła na nowy etap znajomości z Eirenem - chciał się odgryźć.
-Jaki? Robi mu drugie śniadania do szkoły? Na szczęście gówniarz niedługo wróci do domu - pokazał, ze jego uwaga nie zadziałała.
-Czy ja wiem... - mruknął i znów zamoczył usta w grzańcu.
-Booogowie! - dobiegł nagle kobiecy krzyk z korytarza - Orgazm! Podwójny orgazm!
Aren uniósł głowę i spojrzał w stronę, skąd dobiegały krzyki. - Skoro jakaś babka ma mokro w majtkach, Faust się zbliża, skoro podwójny, to znaczy, że jego "brat bliźniak" również - wywnioskował spokojnie. Był już przyzwyczajony do tych okrzyków dzikiej ekscytacji. I rzeczywiście, już po chwili do salonu wparowali obaj mężczyźni zatrzaskując za sobą drzwi.
-Co to za żeńskie skupisko? - zapytał ten odziany w strój podróżnika.
-To najgorszy gatunek kobiety. Fanki. - wyjaśnił Faust.
-Obrzydlistwo - skwitował demon.
-A ja bym nie narzekał.... co tam słychać? Oprócz wrzasku tych kobiet? - zapytał Necro.
-A co miałby się dziać? - zapytał Faust. - Arenie, jesteś pewny, że chcesz pojechać do Francji? Musisz się wykurować do tego czasu, jeśli jesteś pewny, że chcesz.
-Poradzę sobie. Tak sobie myślę, że nie mogę odmówić, bo byłoby to nieeleganckie. Poza tym podobno Paryż to naprawdę piękne miasto, Rosa była zachwycona po tej wycieczce, a zawsze chciałem zwiedzić choć trochę.
-Nigdy nie zwiedziłeś? - zapytał Faust.
-To ten typ człowieka, który jest więźniem własnego domu.
-Sacre bleu.. - mruknął demon.
-Jest psem i musi pilnować swojej budy... Wiesz Aruś zawsze możesz mi oddać tron - Necro pogłaskał śpiącą Lilith.
-Jak miałeś okazję, to powiedziałeś, że wolisz iść pod topór - przypomniał władca.
-Ach to, też to słyszałem... to była taka wzruszająca scena - przyznał egzorcysta. - Czybyś jednak zmienił zdanie?
-Nie Twój biznes nielegalny imigrancie... - wamp warknął i podniósł nos do góry.
-Czyżbyś nie miał ochoty o tym rozmawiać? - spirytysta wzruszył ramionami.
-Chyba dużo mnie ominęło - stwierdził Faun.
-Nie martw się, nadrobimy.
-Zmieniając temat, zatrzymamy się u króla Francji? - zapytał Aren.
-Gdzie wam będzie wygodnie. Możecie w zamku, możecie w hotelu, ja sam mam dwa domy na przedmieściach Paryża, albo u moich rodziców....
-A ile zajmie nam podróż? - zapytał z lekką obawą.
-Koło pięciu, sześciu dni. - oświadczył Francuz.
-Dwa co najwyżej - poprawił demon. - Mam przygotowany odpowiedni środek transportu.
-Więc jadę tylko ja i Aren...wspaniale męski wypad...aż mi staje z podniecenia - Necro się zaśmiał na cały głos.
-Przerażasz mnie... - jęknął władca.
-I my dwoje - podsunął mężczyzna wyglądający jak Faust.
-No jeszcze Lilith... - podsunął Faust.
-Nie mogłaby tu zostać?
-W sumie... tutaj jest Otis, więc powinien się nią zająć... - zamyślił się.
-Nie zapomnijcie o pani doktor, ona uwielbia małe rozwrzeszczane stworki.... aczkolwiek, chyba nowe zadanie od króla mocno ją pochłonęło. Zawsze jeszcze jest Luna, która może poćwiczyć bycie matką - kolorowooki rzucił propozycjami.
-Załatwię to tak, żeby Lilith została tutaj - obiecał Faust.
-A mogę zapytać jeszcze... co to za ekspresowa metoda transportu, że droga, która powinna pochłonąć sześć dni zajmie "co najwyżej" dwa? - wtrącił się młody monarcha.
-Zabrałem dwa gryfy. - oświadczył Faun.
-Gryfy? Przecież to tylko legendy... - Aren był w szoku.
-Ależ nie. Gryfy są endemitami, które na naszym kontynencie występują naturalnie tylko w galijskich górach. - wytłumaczył Faust.
-Ja nie wsiądę na coś takiego...
-Bez obawy, to bardzo przyjemny środek transportu. Każdy z nas weźmie jednego pasażera i nie będzie obawy, że was nie posłucha.
-Zastanawiam się tylko, czego ta Francja nie ma... W sumie nie biorę żadnych ubrań, Faust mi coś kupi - Necro wzdrygnął decydując za egzorcystę.
-Ha, przecież to oczywiste! - syknął Faust - Nie pokazałbym się z wami na przyjęciu urodzinowym króla ubranych jak ostatnie dziady, zapomnijcie!
-Więc co, przed wybraniem się do króla, czeka nas wizyta w sklepach? - Aren się skrzywił.
-No a jak myślałeś? Chyba chcesz pokazać się tam jako dostojny król, nie menel spod mostu?
-Dobra, dobra, nie musisz krzyczeć, zrozumiałem...
-Ojej przepraszam...przeszkodziłam? - w drzwiach stanęła Kyrie w samej długiej liliowej koszuli nocnej, na którą był narzucony ciepły, polarowy biały szlafrok.
-Ależ nie, proszę bardzo - odpowiedzieli jednocześnie identyczni mężczyźni.
-Myślałem, że jeszcze śpisz... - zagadnął król.
-Nie... zrobiło mi się trochę zimno... - Kyrie to mówiąc podeszła bliżej, żeby usiąść i ogrzać się przy kominku. Necro wtedy cichaczem dał znak Faustowi, aby spływał, bo zajmuje najbliższe miejsce, obok Arena.
Egzorcysta posłuchał i zszedł z sofy, by usiąść w fotelu.
-Więc może się napijesz? - zapytał uprzejmie król podsuwając dziewczynie grzańca.
-A co to takiego? - zapytała wąchając zawartość, jej wyraz twarzy wydawał się być taki niewinny.
-Coś dobrego, jak mężczyzna się tego napije, to mysli tylko o jednym - wtrącił Necro.
-Na prawdę? - spojrzała na Arena z uśmiechem.
-Niekoniecznie... Necro opowiada bajki - podrapał się po policzku - Jak.. się spało?
-Śniłeś mi się..! - uśmiechnęła się ciepło.
-Opowiedz... - generał węszył jakąś erotyczną historyjkę.
-...wróciliśmy do domu, do ojca.. - dopowiedziała. Necro wstał i podszedł do kominka z jakimś niezadowoleniem.
-Wciąż go mylisz z kimś kim nie jest... - powiedział do białowłosej kobiety.
-On jest moim...
-Nie jest! - wamp twardo przerwał jej wypowiedź.
-Ej, nie bądź dla niej niemiły... - Aren objął dziewczynę ramieniem.
-Właśnie, właśnie... jesteś zazdrosny? - zaciekawił się Faust.
-To jest królowa Konan? - zaciekawił się Faun.
-Jeszcze nie - odparł jego pierwowzór.
-Bo ona...ona jest z innego wymiaru.. - odpowiedział Necro skupiając wzrok na ogniu. Aren to skojarzył z innym światem jakiego mógł doświadczyć dzięki obrazowi boginki magii. - i jakoś nie chce wracać tam skąd przybyła w przeciwieństwie do niektórych - dociął złośliwie.
-Nie rozumiem, dlaczego jesteś dla mnie taki niemiły? - Kyrie od razu zareagowała, ale w odpowiedzi usłyszała tylko cichy chichot rozmówcy.
-Ten obraz pojawił się tu długo po tym jak przybyła do nas Kyrie - Aren pogłaskał białogłowę po głowie - Powinieneś być dla niej uprzejmy - dodał twardo.
-Właśnie - przytaknął egzorcysta. - Poza tym świetnie do siebie pasujecie, już jesteście parą, czy jeszcze dopiero się przymierzacie...? - zaciekawił się.
-Zawsze nią byliśmy - odpowiedziała młoda dziewczyna.
-A tak na prawdę nigdy nią nie byli.. - Necro spojrzał na Arena, żeby sprawdzić, czy zaprzeczy.
-Może byś lepiej powiedział, dlaczego nagle jesteś nastawiony w ten sposób względem Kyrie? - spojrzał na niego pytająco i z urazem.
-Jest zazdrosny - mruknął Faust.
-Niewątpliwie - Faun skinął głową.
-Ale dlaczego? Chodzi Ci o to, że umówiłem Rosę z Eirenem, tak?
-Nie... - westchnął - To nie ma z nią nic wspólnego. Widzę po prostu, że się okłamujesz i starasz się być dla niej, tym kim nie jesteś.... - odpowiedział, ale swoje słowa kierował tylko do króla.
-Ale jest.. - białowłosa zadrżała, wampir wydawał się być dla niej teraz przerażający.
-Do którego świata należysz? - zapytał monarchę - A w woli jasności...Zapomniałaś? Elliot nie żyje... - potem uderzył słowami w Kyrie. - Jesteście zabawni, idę do siebie nachlać się wińska. Ciao - wybuchnął śmiechem i wyszedł z salonu.
-To zły człowiek... - zasądziła kobieta-anioł.
-Wampir - poprawili ją identyczni mężczyźni.
-Nie przejmuj się nim - Aren pogłaskał dziewczynę po głowie - A, Kyrie... za parę dni będę musiał wyjechać do sąsiedniego kraju... nie będzie mnie jakiś czas. Wytrzymasz to?
-Nie, to niemożliwe! - od razu podskoczyła. - Nie wytrzymam tego.... z kim będę rozmawiać i kto będzie mnie przytulać? - westchnęła.
-Ale to tylko na jakieś dwa tygodnie... ważne sprawy państwowe... kiedy wrócę, nadrobimy cały ten czas, obiecuję!
-Nie mogę jechać z Tobą? - Kyrie spojrzała błagalnym wzrokiem.
-Eeee.... - Aren spojrzał na "braci" szukając pomocy.
-Sądzę, że to niemożliwe. Chodzi o to, że Aren chce Ci kupić parę ładnych rzeczy w Galii, a jeśli pojedziesz razem z nim to nie będzie niespodzianki - Faust wzruszył ramionami.
-Ee.. no właśnie... i tak wydało się, że chcę jej kupić prezent, mogłeś tego nie mówić...
-Ale największym prezentem będzie dla mnie, gdy będę mogła być z nim... - odpowiedziała lekko zakłopotana czerwieniąc się.
Aren zbliżył się do Kyrie i wyszeptał jej do ucha - Powiedziałaś dzisiaj, że chcesz, abym na Ciebie patrzył... ja chcę móc Cię podziwiać. Nie tylko wtedy, kiedy nie masz nic na sobie... chcę, żebyś była ozdobą zamku i cieszyła moje oko. Pozwól mi więc jechać...
-Dobrze... - pokiwała pokornie głowa, spuściła wzrok na podłogę i zawstydziła się.
-Dziękuję. Obiecuję, że postaram się wrócić szybko, bo muszę też złożyć wizytę królowi Galii. - pocałował ją w czoło.
-Pójdę już spać. A ty nie jesteś zmęczony? - ciągle patrzyła w ziemię w wyniku zawstydzenia, jednocześnie chwyciła go ciepło za dłoń.
-Do czasu wyjazdu muszę się wykurować. Powinienem dużo leżeć w łóżku - uśmiechnął się do niej.
Ona odwzajemniła jego uśmiech i popatrzyła głęboko w jego niebieskie oczy.
-Zaśpiewam Ci kołysankę - zaproponowała, jednak zabrzmiało to dwuznacznie.
-Jeśli... masz na to ochotę... - jego wyraz twarzy był niezwykle ciepły i ujmujący.
-Mam... - spojrzała chwilowo na innych z pokoju, o których przez chwilę zapomnieli.
-Chyba przeszkadzamy - Faust wzruszył ramionami.
-Wychodzimy? - Faun spojrzał na Francuza.
-Raczej wybiegamy. Musimy schronić się przed tą piszczącą hałastrą. - podsumował egzorcysta.
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Faun, Kyrie



Godzinę po całym zdarzeniu Aren wyślizgnął się z sypialni. Mimo początkowej zapowiedzi, nie doszło do finału. Władca powstrzymał się, mimo palącej żądzy wypełniającej jego umysł i ciało. Ciało Kyrie było czyste i nieskalane... poza tym oni sami znali się nieco ponad tydzień. Nie mógł tego zrobić, kiedy istniała możliwość, iż to nie on jest jej wybrańcem. Może i był zapaleńcem, lubił erotyczne przygody, ale ponad wszystko szanował kobiety i nie miał zamiaru dopuścić do czegoś, czego potem mogłaby żałować.
-A Ty co tu robisz? - z zamyślenia wyrwał go znajomy głos.
-Necro? Idę troszkę popracować.
-Hahaha, gówno prawda - skwitował. Nim monarcha się spostrzegł, wampir rwał go za warkoczyk i ciągnął w stronę sypialni.
-Przestań, wszystkie cebulki mi wyrwiesz!
-Albo tak, albo na kopach Cię poślę - burknął lord - Co wybierasz?
-Nie mogę iść teraz do sypialni!
-Czemu? - blondyn przystanął i badawczo spojrzał na przyjaciela.
-Kyrie tam śpi... - wybełkotał cicho władca.
-To oznacza... zaliczyłeś! Gratuluje, w końcu. - poklepał go uznaniem po plecach.
-Nie zaliczyłem! Nie mogę jej tego zrobić...
-...przyznaj się o co naprawdę chodzi, nie stanął? Wyśmiała go?
-Nic z tych rzeczy! - właściciel warkocza zapłonął ognistą czerwienią. - Ona w tym ciele jest dziewicą, poza tym ma już ukochanego i nie jestem pewien, czy to ja.
-Jakoś nigdy Ci to wcześniej nie przeszkadzało...
-Ale teraz mi przeszkadza. - zakończył temat - Gdzie idziesz?
-Do Fausta. Obiecał mi, że opowie mi o paru incydentach w mieście.
-Jakich.. incydentach?
-Już Ty nie zaprzątaj sobie tym głowy, dzieciaku - Necro poczochrał króla jak małego chłopca. - Idź lulu, przy kobiecym cycku zawsze lepiej było Ci zasnąć.
-Ale śmieszne... idę z Tobą.
Mimo wielu odmów lorda, młody monarcha uparł się i ruszył za wampirem. Wtedy też, niespodziewanie na drodze stanął im sam francuski markiz. O dziwo, był odziany jak podróżnik, z kapeluszem na głowie, również brakowało charakterystycznej grzywki zasłaniającej pół twarzy. Srebrzyste oczy mierzyły obojga z uwagą.
-Wybierasz się gdzieś, Faust? - zagadnął krwiopijca. - Miałeś porozmawiać ze mną o tych morderstwach.
-Faun - poprawił go mężczyzna.
-Eee... wraz z fryzurą zmieniłeś imię? - Aren pytająco spojrzał na wampira próbując odgadnąć, czy on coś z tego rozumie. Niestety mina Velborne świadczyła o tym, że jest równie zdziwiony, co król.
-Jestem bratem bliźniakiem Fausta - oświadczyła postać.
-Teraz to już muszę sprawdzić Faustowi głowę... - podsumował szatyn.
-Będę go nawet dla Ciebie trzymać - kolorowooki był w takim samym szoku.
-Właśnie... właśnie idziemy do Fausta, może pójdziesz z nami? - zapytał niepewnie Noktrie.
-Nie mam nic przeciwko - stwierdził nieznajomy.
Tym sposobem cała trójka dotarła do komnaty egzorcysty. Mężczyzna nazywający siebie Faun trzymał się z tyłu. Był niezwykle milczący. Poruszał się również tak bezszelestnie, iż nie raz oboje Konanczyków odwracało się do tyłu by sprawdzić, czy podróżnik wciąż tam jest.
-Faust! - Necro zaczął rąbać w drzwi - Wiem, że tam jesteś! Czuję piżmo!
-A ja czuję Twój przesiąknięty alkoholem oddech. Przestań, bo mi zawiasy przegniją. - dobiegło zza wrót. - Zaraz otworzę.
I rzeczywiście już po chwili na korytarz wyszedł Francuz, jak zwykle odziany w eleganckie czarne odzienie.
-Tak na wstępie, może nam go przestawisz? - oboje wskazali na Fauna.
-Wersja skrócona, czy rozszerzona?
-Rozszerzona. - padła odpowiedź.
-Faun jest demonem, który narodził się w chwili, kiedy akurat badałem materię, z której hmm... zaczął się „umaterialniać”. Byłem pierwszą osobą, którą zobaczył i dzięki temu wygląda dokładnie tak, jak ja.
-Innymi słowy wziął sobie Twoją postać za wzór do ukształtowania się? - Necro wolał być pewny, czy dobrze zrozumiał.
-Dokładnie tak. - Francuz skinął głową - Co Cię tu sprowadza?
-Wiadomość od króla - stwierdził nieznajomy.
-Od kiedy robisz za posłańca? - spirytysta skrzywił się lekko.
-Zgodziłem się bo wiedziałem, że Ty tu jesteś - zaczęli zupełnie ignorować dwóch Konanczyków.
-Wiadomość jest dla mnie?
-Dla króla Arena.
-To ja! - władca wyrwał się jak dziecko, liczące na prezent, skoro zostało wywołane.
-Za półtora tygodnia nasz władca obchodzi trzydzieste urodziny. W związku z faktem, że Konan i Galia wyrazili chęć rozpoczęcia polityki współpracy, również jesteś zaproszony. - obwieścił Faun.
-Impreza urodzinowa? - zaciekawił się wampir. - A wino będzie? - zwęził oczy. Zauważył również, że oczy Fauna są w pewnym stopniu bardziej mrożące krew w żyłach, niż u jego pierwowzoru, bowiem źrenice były niemal identyczne jak u kota lub węża.
-To Francja - podsunął Faust - Wino i szampan to u nas normalka.
-To możemy jechać - oczy miłośnika posoki zalśniły.
-No nie wiem... - mruknął Aren.
-Tobie przyda się przerwa a ja chcę się porządnie najebać - skwitował wampir.
-No ale nie mogę zostawić państwa bez opieki!
-Reon spędził tyle czasu w Avatarze, w końcu chyba czegoś się nauczył. Poza tym mamy Dantego. - wampir pierwszy raz dojrzał korzyść płynącą z obecności królewicza. Szczególnie, kiedy on sam miałby przebywać w innym kraju.
-Ja nie mogę - monarcha próbował się wymigać.
-Szkoda - Faust wzruszył ramionami - Wszystkie imprezy Francuzów odbywają się w nocnych klubach. Półnagie tancerki, śpiewy, hektolitry alkoholu, dzikie tańce i inne takie...
-Kluby nocne? - Aren w końcu usłyszał coś, co go zainteresowało.
-Jasne, przecież Paryż słynie nie tylko z mody. Paryż ma najwięcej klubów nocnych zebranych w obrębie jednego miasta.
-Ile? - zapytali obaj Konanczycy.
-Jakieś... nie jestem pewien, sto pięćdziesiąt przynajmniej...
-I wszędzie gołe babki na rurze?
-Ależ skąd, kluby nocne to u nas nie tylko burdele. Głównie kabarety, ale nie takie typowe ze starymi dziadkami opowiadającymi durne dowcipy, tylko powiedzmy... tańce na rurze w wersji artystycznej.
-Francuzi widać ze wszystkiego umieją zrobić sztukę. - Necro uniósł brwi ze zdziwienia.
-W takim razie zgadzam się - Aren klasnął w dłonie.
-Wykuruj się tylko do tej pory - uprzedził Faust - Nie chcesz chyba umierać, kiedy wokoło będą same gołe babki?
-Ani mi się śni! Nafaszeruję się lekami!
Twórcy: Aren, Necro, Faust, Faun

Aren czuł subtelny dotyk na swoim policzku. Delikatna skóra na opuszkach palców muskała go i pieściła jego zmysły. Na jego usta wkradł się mimowolny uśmiech. Umysł powoli wracał do rzeczywistości. Kiedy więc podniósł powieki, ujrzał biel.
-Śnieg? - przeszło przez jego głowę - Nie... to długie, białe pasma włosów... - dopowiedział sobie, kiedy obraz zaczął się poprawiać - Kyrie. - powiedział na głos.
-Cieszę się, że nic Ci nie jest - jej piękna twarz rozpogodziła się.
-Zasnąłem tylko przez biurkiem w trakcie pracy. - przetarł czoło.
-Straciłeś przytomność - poprawiła go. - Bardzo się martwiłam, kiedy o tym usłyszałam. Szkoda, że dopiero dzisiaj rano.
-To nic takiego. Czasem tak mam, więc nie przejmuj się zbytnio, dobrze? - uniósł rękę, by pogłaskać jej włosy.
-Wszyscy mówią, że to z przepracowania. Nie powinieneś tak dużo pracować.
-Chcę służyć swojemu państwu jak najlepiej. W poprzednich latach nie było aż tyle do roboty, bo Avatar nie należał do mnie. Jednakże teraz dodatkowe dni pracy mnie nie ominą.
-Ale to niebezpieczne. Jesteś blady, masz gorączkę... nie ruszaj się dzisiaj z łóżka. - poprosiła go patrząc w jego oczy.
-Zobaczymy, Kyrie.
-Necro ma rację - powiedziała nagle.
-Necro? W czym? - zrobił się nieco podejrzliwy słysząc, że wampir maczał w czymś palce.
-Że nie tylko generałowie powinni zająć się zatrudnianiem pomocy... Ty również powinieneś wytrenować ludzi, którzy pracowaliby dla Ciebie i wyręczali Cię.
-Tak mówił? To na pewno był on, nie Faust?
-Nie. Słyszałam jak dzisiaj rozmawiał z Reonem. To od nich dowiedziałam się, że straciłeś wczoraj przytomność. Necro powiedział mi, żebym przekonała Cię do tego pomysłu.
-Może rzeczywiście powinienem nad tym pomyśleć. - mruknął niechętnie władca.
-Ale nie mówmy już o tym więcej, dobrze? - pogłaskała go. - Jak się czujesz?
-Całkiem nieźle. Chociaż trochę mi słabo.... i potwornie zimno. - wyznał szczerze.
-Podałam Ci zioła nieco wcześniej... powinny zadziałać za niedługo. - Poza tym duszno tutaj, otworzę okno.
-Nie, nie... tu jest zbyt lodowato! - spojrzał na nią błagalnie.
-Świeże powietrze dobrze Ci zrobi – uparła się i otworzyła okno.
-Z...zimno! - zaczął szczękać zębami.
-Akurat dzisiaj jest ciepło. Wielu ludzi na zamku chodzi już bez swetrów.
-W Konanie to akurat typowe. Zazwyczaj jest tak, że zima zmienia się w ciepłą wiosnę w ciągu paru dni. Za tydzień niektórzy będą chodzić w krótkich rękawkach, zobaczysz – zarzekł owijając się szczelnie kołdrą.
-W domu naszego Pana nie mieliśmy problemu z pogodą. Pogoda zależała od woli Solarisa.
-Przypuszczam, że było więc cały czas ciepło, skoro jest to bóg słońca.
-Czasem zdarzał się deszcz, czasem śnieg... ale nie było nam zimno. Nasze skóry nie odczuwały zimna.
-To mieliście dobrze – mruknął Aren.
-Mieliśmy – poprawiła go – Jesteś reinkarnacją Elliota.
-Wciąż nie mogę uwierzyć, żebym...
-Jesteś Elliotem – orzekła z pewnością podchodząc do niego.
-Z tego, co opowiadałaś mi o swoim ukochanym, raczej powątpiewam. Nie jestem taki jak on, nie jestem święty, nie jestem wojownikiem, nie grzeszę odwagą a inni zamiast mnie podziwiać, drwią ze mnie. Może to tylko zbieg okoliczności, że wyglądam jak on i mam podobny styl.. uczesania.
-Twoje oczy mają ten sam wyraz, co oczy Elliota. Słyszałam, że zabrałeś z miasta pobitego chłopca, jesteś więc bardzo miłosierny, potrafisz wykazać się odwagą, a co do wojownika... Elliot nie przepadał za tym „zawodem”. Od samego początku pragnął żyć w pokoju i nie trzymać w dłoni miecza. To powołanie i cel, w jakim się urodził sprawił, że walczył. Jesteście tacy sami. To Ty jesteś moim ukochanym, jestem tego pewna. - w jej głosie nie było nawet nutki niepewności.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym, aby to była prawda. - wyznał. - Czuję, że jesteś tą, którą pragnę – spojrzał w jej oczy – Kiedy jesteś ze mną, czuję się szczęśliwy. Twój uśmiech dodaje mi otuchy. Z drugiej strony niepewność sprawia, że chcę, żebyś powstrzymała się przed osądem, że Elliot to ja. - złapał jej dłoń – Kyrie, szukałaś tak długo, byłaś wytrwała, nie chciałaś się poddać. To najpiękniejsze, co można otrzymać od ukochanej osoby. Zaangażowanie. Nie chcę, byś zatrzymała się przy mnie. Jeśli wkrótce okaże się, że mam rację... i Elliot to nie ja...? Przysporzymy sobie cierpień.
-Z każdym Twoim słowem jestem coraz pewniejsza, że jesteś Mój. - wyznała i położyła swoje spragnione wargi na jego ustach.
-Kyrie... - zdołał jedynie wyszeptać.
-Twoje dłonie są lodowate. Zamknę jednak okno – szybko wykonała zapowiedzianą czynność. - Ogrzeję Cię.
-A... a jak bo boję się zapytać?
-Swoim ciałem – odpowiedziała po czym pociągnęła za sznurki na karku. W jednej chwili materiał sukni opadł na ziemię.
-Zaraz! Chcesz to zrobić nago? - odwrócił wzrok usilnie próbując wlepić go w inny punkt.
-Egzorcysta powiedział, że tak jest najlepiej. Ty również nie jesteś całkowicie ubrany. - zauważyła po czym wsunęła się pod kołdrę, by przywrzeć do niego całym ciałem. Wtedy poczuł ciepło... a właściwie gorąc połączony z podnieceniem.
-Dlaczego to musiała być biała koronka... - jęknął monarcha w myślach mimowolnie wyobrażając sobie swoją towarzyszkę w bieliźnie, którą miała na ubraną.
Białogłowa położyła głowę na piersi ukochanego. Słyszała szybkie bicie jego serca. Cudowny, kojący dźwięk rytmicznych uderzeń odbijał się echem w jej głowie. Dziewczyna czuła, jak zziębnięte ciało króla powoli ogrzewa się. Fakt, że jej działania przynosiły rezultaty, dawały jej satysfakcję.
-Dobrze, że nie jesteś całkiem naga. - wybełkotał – Ugotowałbym się.
-Byłoby Ci cieplej? - zapytała z zainteresowaniem.
-W to nie wątpię.
-Dobrze – usiadła i chwyciła za zapięcie stanika.
-Nie musisz tego robić!
-Chcę, abyś był szczęśliwy. Poza tym, sama tego pragnę. Chcę, żebyś mnie oglądał... - romantyczne słowa psuł fakt, że nie mogła sobie poradzić z odpięciem garderoby.
-Pomogę... - powiedział w jednej chwili i usiadł na łóżku. Jego dłonie powędrowały wzdłuż jej jedwabiście gładkiej skóry na plecach aż dotarły do zapięcia. Jemu wystarczył jeden prosty ruch. Kolejny dowód na obycie w tych sferach...
-Jeszcze nie radzę sobie z tym ludzkim ubraniem... - wyznała zsuwając biustonosz. On od tej chwili... już nie umiał oderwać wzroku.
-Jesteś najpiękniejszym stworzeniem, jakiego stworzył Bóg – stwierdził władca. Kyrie poczuła męskie dłonie na swoich piersiach a zaraz po tym jego rozpalone usta.
Twórcy: Aren, Kyrie

Kiedy w końcu Necro wyszedł, Faust wyciągnął z szuflady dużą wypchana sakwę. Wyciągnął z niej czaszkę, płomienie w kamieniach umieszczonych w oczodołach zaiskrzyły się niemal od razu i skierowały swój blask w stronę egzorcysty.
-Dobrze, że nie gadasz jak najęty. - rozmowę rozpoczął Francuz.
-Umiem trzymać język za zębami... to znaczy... no wiesz, co mam na myśli - odpowiedziały szczątki.
-Jeśli będzie chciał zobaczyć duchy i demony, nie możemy go zawieść. - mruknął cicho egzorcysta zamyślając się. - Najciekawszy scenariusz to taki, w którym przywołałbym jego ofiary... ale oczyściłem zamek z dusz więźniów. Byli strasznie irytujący a stanowili ponad połowę wszystkich duchów na zamku. Ale może jednak opłaci mi się przywrócenie ich na jakąś godzinę lub dwie w chwili, kiedy będę "doświadczać" wampira.
-Kim w ogóle jest ten mężczyzna? Poza waszą trójką, nie znam tu nikogo... czasy się zmieniły...
-Generał Necro Velborne, wampir i zarazem przyjaciel obecnego króla. Jeśli chciałbyś, żebym określił Ci jego osobowość, to dość ciężkie zadanie. Może być psychopatą, szaleńcem, inteligentem albo takim typowym królewskim pupilkiem... wszystko zależy od chwili. Ogółem... lubi zwracać na siebie uwagę.
-Ale siły też mu nie brakuje.
-Oczywiście. A odkąd Avatar i Konan zawarli pakt i mają jednego władcę, którym jest teraz Aren Noktrie, nie brakuje tu kadetów do wojska z Avataru. Necro jest znany z okrutnych metod szkoleniowych, ale za to żołnierze wychodzący spod jego patronatu, to mężczyźni nie do zdarcia.
-Aren Noktrie... Konan i Avatar jako współpracujące państwa... jestem daleko w tyle.
-To dlatego, że byłeś uwięziony w tamtym pomieszczeniu przez mnóstwo czasu. Teraz możesz pytać duchy o obecny stan rzeczy, bo ja po pierwsze nie mam cierpliwości do opowiadania historii nieswojego państwa a po drugie przypuszczam, że jesteś ciekaw przebiegu ponad dwustu lat a ja mogę zaoferować Ci jedynie okres, w którym jestem tu gościem.
-Duchy nie opowiadały Ci o dziejach zamku?
-To znaczy.... hmm... opowiadały... nadal opowiadają, ale niekoniecznie o tym, co chciałbym usłyszeć. Nie pytam ich, więc mówią o czym chcą. Wolą snuć własne historie, niż przedstawiać ogół.
-Egocentryczne podejście... - burknął Cedric.
-To nie tak. Duchy zawsze chcą mówić o sobie. Tak jak żywi ludzie. Chcą zainteresować innych sobą, prowadzić jakby... zwykłe życie... tyle, że „po drugiej stronie” - kraknął cicho ptak. - No i podobnie jak żywi, lubię kolorować rzeczywistość.
-Dlaczego jeśli będziesz chciał się czegoś dowiedzieć, popytaj różnych umarlaków. Szkoda, żebyś zmarnował czas nasłuchując się bzdur.
-Wiecie co jest najdziwniejsze? - płomienie wodziły od ptaka do spirytysty. - Że mimo braku mózgu, jestem w stanie pamiętać.
-Za pamięć w większości odpowiada dusza, nie mózg. - odparł Schroeder. - Tym bardziej, że pomyśl o tym, że żaden z duchów nie jest pozbawiony pamięci a w głowie nie ma pulsującego mózgu, krwi i tak dalej.
-Nigdy tak o tym nie pomyślałem. - przyznał kawałek szkieletu. - Może to odpowiednia pora, by spytać... kiedy poznacie mnie z innymi?
-Zaskoczymy ich w odpowiednim momencie. - stwierdził Faust – Jak słyszałeś, jestem interesujący ze względu na otaczające mnie tajemnice. Ty stałeś się kolejną.
-Lubisz zaskakiwać, chłopcze?
-Bardzo. - przyznał Faust bez ogródek.
-A dużo masz jeszcze w sobie tajemnic, których ci tutaj nie zdołali odkryć?
-Nawet nie wyobrażasz sobie, ile...
Twórcy: Faust, Schroeder




Czarny generał usiadł przy kominku. Na jego kolanach spoczywała mała Aurora. W tej samej chwili Necro popijał burbon.
-Wychodzi na to, że siostra jest równie śliczna, co Luna - odezwał się wpatrując w twarz dziewczynki. Jedną dłonią pocierał jej ramię, by rozgrzać zziębnięte ciało.
-Wychodzi na to, że rzeczywiście jesteś pedofil - mruknął wampir. - Przecież to dzieciak. W wieku Dantego zapewne.
-Przecież nie mówię o tym w sensie, że podoba mi się fizycznie. Mam żonę! Prędzej podejrzewałbym Ciebie o to, że spróbujesz coś jej zrobić.
-Nie interesują mnie dzieci. Gdyby była parę lat starsza, może spróbowałbym schłodzonej krwi ale w takim wypadku... - wzruszył ramionami.
-Nawet się do niej nie zbliżaj - Reon wtulił w sobie Aurorę.
-Gdyby nie ja, zamarzła by tam - prychnął krwiopijca.
-Pewnie masz rację.... - mruknął niechętnie mąż kapłanki. - Zastanawia mnie, jakim cudem się tu znalazła. Przecież nie żyje.
-Czy Aren nie wspominał, że w tamtej iluzji żyła rodzina Luny? Może to nie była taka zwykła iluzja i jakoś ta też się stamtąd wydostała.
-Kiedy pokażę Aurorę Lunie, znów będzie mnie uwielbiać! - zielone oczy Remuno zalśniły.
-Fakt, że chcesz rywalizować z gejem o swoją żonę, jest śmieszny. Chętnie to zobaczę - blondyn uniósł kieliszek po czym wypił zawartość.
-To nie jest śmieszne! Mam wrażenie, że ona woli Ariela ode mnie.
-Będę z Tobą szczery. - rzekł Necro - Nie obchodzi mnie to. - skwitował całą sprawę.
-Nie warto z Tobą rozmawiać - westchnął czarny generał - Zabiorę ją i pokażę Lunie - zdecydował mocniej obejmując panienkę.
-Chyba żartujesz? - koneser krwi zerknął na współgenerała.
-Dlaczego bym miał?
-A co powiesz, jak Aurora nie przeżyje? Dasz Lunie nacieszyć się godzinę, żeby nagle okazało się, że dziewczyna zmarła? Zupełny brak wyobraźni - ziewnął.
-Więc co powinienem zrobić?
-Naprawdę mnie pytasz?
-A widzisz tu kogoś innego?
-Zaniósłbym ją do oddziału szpitalnego. Tam mają bardzo dobre ogrzewanie, zajmą się nią lekarze... i nie mówiłbym nic Lunie do czasu, gdybym się nie upewnił, że dziewczyna będzie żyć.
-Trochę nie mogę uwierzyć w to, że... mówisz z sensem... - mruknął brunet.
-Co to niby miało znaczyć?! - syknął krwiopijca. - Poza tym, zajmij się trenowaniem swojej grupy oficerów – przypomniał mu. - Powinieneś się z tym pośpieszyć.
-Co Ty tak nagle...?
-Do miesiąca chyba będziesz miał dziecko, prawda? Jak to sobie wyobrażasz, cały dzień na treningu, wrócisz padnięty i zaśniesz jak kamień a Luna zostanie sama.
-Tak, masz rację... ale dlaczego stałeś się taki troskliwy?
-Może mam dość tego, że wszyscy biorą mnie za ignoranta i egotystę – fuknął.
-Eee... to ja zaniosę ją do skrzydła szpitalnego – mruknął cicho Reon chcąc wyjść z niezręcznej sytuacji. Ściągnął swoją pelerynę i owinął nią dziewczynę po czym po pożegnaniu się z wampirem poszedł w swoją stronę. Wtedy też blondyn dopił kieliszek i wyszedł z komnaty, by udać się w przeciwnym kierunku.
W pewnej chwili... poczuł krew. Przystanął więc i wziął głębszy oddech. Zdrowa, młoda kobieta. Bardzo soczysty zapach. Udał się w kierunku, skąd dochodziła do niego woń. Spokojnie i bezszelestnie pokonywał kolejne korytarze zbliżając się do celu. Czując, że jest bardzo niedaleko, oblizał się. W końcu stanął przed drzwiami do komnaty, z którego wydobywał się zapach. Poznawał te drzwi. Należały do egzorcysty...
Chwycił za klamkę i pociągnął. Przeszedł przez próg i oblał się rumieńcem widząc, że mimo, iż zachował kompletną ciszę, został nakryty. Faust, siedzący akurat przed toaletką i rozczesujący włosy, patrzył na niego z nieukrywaną ciekawością.
-Bonsoir. Czym zawdzięczamy tą nocną wizytę? - zapytał Francuz mierząc go wzrokiem.
-Zaczynam rozumieć, dlaczego wszyscy nazywają Cię bazyliszkiem... - mruknął Necro – Gdzie ukrywasz kobietę?
-Kobietę? - powtórzył spirytysta.
-Jedyna, jaka tu przebywa, to Lilith – odezwał się głos ducha Moravena Tale.
-Czuję wyraźnie zapach ludzkiej kobiety. - upierał się wampir – Nie oszukasz mojego nosa!
-Przestań się drzeć, obudzisz mi....
-Wujo?
-....dziecko. - westchnął ciężko.
Wampirza dziewczynka uniosła zaspane oczy i spojrzała na blondyna z heterochromią.
-Śpij dalej, Lili. - powiedział Faust. - Jak widzisz, nie ma tu żadnej kobiety. Mam za to zakrwawione ubranie córki. - wziął sukienkę i podsunął wampirowi.
-Tak, to ten zapach. Wyśmienity...
-Byliśmy na mieście – wtrącił Schroeder.
-Zjadłam kelnerkę – pochwaliła się mała.
-I nie zaprosiłaś wujka na ucztę? - Necro spojrzał na błękitnowłosą z wyrzutem – Niedobra dziewczynka. Szczególnie, że towar był przedni.
-Mam parę flakoników z krwią tej dziewczyny. - wtrącił Francuz.
-Dziewica. - podsunął wampir. - Więc nie tylko Twoja mała była na polowaniu. Ty również broisz, pięknisiu.
-Nie mogę się z tym nie zgodzić. - przyznał Galijczyk. - Przy okazji, skoro już tu jesteś.... naprawdę znaleźliście siostrę Luny?
-Dużo wiesz, Fauście. - wzrok wampira zwęził się.
-Mam przeźroczystych szpiegów. - egzorcysta chwycił małe stworzonko biegające po podłodze.
-I futrzaka-złodziejaszka. Trzeba przyznać, że ta fretka jest użyteczna. Ach właśnie, miałeś załatwić mi klucz do winnicy.
-Proszę bardzo – Faust otworzył szkatułkę i wyciągnął z niej kluczyk, który podał wampirowi.
-Jestem wdzięczny – schował podarunek do kieszeni po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. - Lilith, czy ojciec Ci nie mówił, że masz iść dalej spać? - uśmiechnął się do dziecka.
-Mówił, ale przecież mamy gościa... - mruknęła zaspana. Otworzyła jednak szerzej oczy, kiedy Necro zbliżył się do niej i pogłaskał ją w głowię. - Trzeba słuchać taty.
-Necro – zagadnął Faust – Powiedz mi, czy tylko mnie nie podoba się Alvaro?
-Wygląda na takiego, co coś kombinuje. - przyznał krwiopijca. - Ale nie wiem, czy jest pod tym względem jakiś szczególny. W porównaniu do tego Levoronczyka, jesteś o wiele bardziej intrygujący. - na twarzy blondyna pojawił się chytry uśmieszek.
-Sądzisz, że mam coś jeszcze do ukrycia? - Faust zdawał się zaciekawić treścią rozmowy.
-Niewątpliwie. Jesteś chodzącą księgą tajemnic. - krwiopijca przysiadł na łóżku koło dziewczynki. Nakłonił ją, by się położyła i wtedy zaczął ją głaskać po główce.
-Miło mi to słyszeć. Bycie tajemnicą jest o wiele ciekawsze. Nie tylko dla mnie ale i dla was.
-Nie mogę się z tym nie zgodzić – kolorowooki pokiwał głową.
-Dlaczego zgrywasz tatuśka dla mojej córki? - zapytał spirytysta trochę poirytowany troskliwością Necro o jego Lilith.
-Brakuje mi trochę Lin. - przyznał nieoczekiwanie Konanczyk. - Lilith ponownie jest jedynym dzieckiem w zamku.
-Już niedługo. - mruknął cicho kruk.
-Prawda. Za niedługo będziemy mieć nowego na zamku. - przytaknął wamp.
-Oby nie był tak głupi jak ojciec – mruknął Francuz.
-Jesteś arcybiskupem, pomódl się o inteligencję dla tego dziecka. - zaśmiał się cicho, gdyż mała wampirzyca już spała.
-Może tak zrobię. - spirytysta puścił Eris na ziemię po czym wstał z krzesła. - Myślę, że to nie jest odpowiednia pora na odwiedziny.
-A myślałem, że jesteś nocnym markiem.
-Nie śpię od wczorajszej północy, więc chciałbym się trochę zdrzemnąć.
-Jaki jest tego powód? - lord zapytał jakby od niechcenia.
-Ktoś ostatnio zabija wielu ludzi w pobliskich miasteczkach. Duchy zabitych podają całkiem odmienne opisy morderców, więc to może być jakaś szajka, nie mniej ktoś przysparza roboty Shinigami.
-Interesujące. - przyznał wamp – Rzeczywiście dużo wiesz. Bycie egzorcystą przysparza wielu korzyści, prawda?
-I równie wiele problemów. Trudno nazwać to błogosławieństwem, kiedy większość ludzi obdarzonych tą mocą ląduje w wariatkowie skrajnie przerażonych. W końcu ja widzę bez przerwy rzeczy, które inni dostrzegą dopiero po śmierci. Widzę duchy i demony, jestem narażony na ich ataki... cieszy mnie więc fakt, że większość z nich chce współpracować.
-Co może być przerażającego w widzeniu duchów? - spytał kpiąco wampirzy lord.
-Kiedyś pokażę Ci to, co widzę na co dzień... co widzę w tej chwili. To będzie dobre ćwiczenie wytrzymałości.
-Kiedy tylko chcesz. - Necro wzruszył ramionami – A teraz śpij. Jutro powiedz mi coś więcej o tych morderstwach. Nikt nie będzie mieszać na moim podwórku... bez mojej zgody – wstał.
Twórcy: Necro, Reon, Faust, Lilith, Schroeder
Dla Rosy był to jeden z najprzyjemniej spędzonych wieczorów od dłuższego czasu. Wraz z Eirenem na wstępie odkryli fakt, że umówiła ich ze sobą osoba trzecia, której tożsamości nie znali. Jednakże mimo tego uznali, że skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, by zorganizować ich spotkanie, skorzystają z tego z przyjemnością.
Czarnowłosa i tym razem mogła dostrzec, że jej wielbiciel darzy ją szczerym uczuciem. Choć w wielu momentach podczas ich konwersacji peszył się i rumienił, w obliczu wielu sytuacji zachowywał się bardzo dostojnie, męsko i przede wszystkim - jak dżentelmen. Dzięki jego komplementom mogła ponownie poczuć się bardzo kobieco i atrakcyjnie. Mimo to ciągle się wahała, gdyż był młodszy od niej o parę lat. Z drugiej strony nie zachowywał się jak roztrzepany nastolatek i co najważniejsze, czuła się dobrze w jego obecności.
Oboje poruszali wiele tematów, choć ani razu nie pojawiło się tam zagadnienie dotyczące Lin lub jakkolwiek się z nią kojarzące. Eiren nie złożył jej również kondolencji. Początkowo zastanawiała się, dlaczego. Była pewna, że skoro tak się nią interesował, wiedział o śmierci dziecka i brał czynny udział w poszukiwaniach. Potem jednak zrozumiała, że to, co robił, było celowe. Nie chciał, by myślała o tym, co ją boli. Był to piękny gest z jego strony.
Goldver odprowadził pannę Raithe pod same drzwi. Raz jeszcze pokazał się od godnej podziwu strony, bowiem delikatnie chwycił jej dłoń i pocałował ją życząc dobrej nocy. Wtedy zrozumiała, że nie chce samotnie spędzać nocy...
-Może masz jeszcze ochotę napić się ze mną herbaty? - zaoferowała od razu.
-Eeeem... myślałem, że jesteś zmęczona. Nie chcesz już iść spać? - znów się zarumienił a jej twarz rozjaśnił uśmiech.
-Mówiąc szczerze ani trochę. - wpuściła go do pomieszczenia i zamknęła drzwi.
-Bardzo gustownie urządzone miejsce... - skomentował rozglądając się wokoło.
-Miło to usłyszeć - wsunęła dłoń pod jego ramię i wtuliła się w jego bok.
-Em... Rosa?
-Jestem Ci bardzo wdzięczna za to, że dotrzymujesz mi towarzystwa i okazujesz mi tyle wsparcia.
-Cała przyjemność po mojej stronie, mówiąc szczerze. Nie sądziłem, że będzie mi dane jeszcze raz się z Tobą spotkać.
-Wystarczyło zapytać, na pewno bym się zgodziła. Jesteś takim miłym chłopcem. - odpowiedziała mu. Jej palec zaczął wodzić po jego koszuli.
-Mogę... mogę wiedzieć, co robisz? - poczuła, że robi mu się gorąco.
-Ta koszula... jest ze świetnego materiału - udała niewiniątko - Nie mogłam się oprzeć, aby jej nie dotknąć. Jedwab, prawda?
-Ym, tak... dokładnie... - mruknął jakby do siebie. - Jesteś pewna, że Ci tu nie przeszkadzam?
-Ależ skądże. - puściła go - Rozgość się, przygotuję dla nas herbatę.
Już chwilę później siedzieli w fotelach naprzeciwko siebie i popijali zieloną herbatę. Tym razem ich dyskusja skupiła się na ocenie samej sztuki, którą mieli okazję wspólnie obejrzeć. Przeminęła kolejna godzina...
-Powinienem już pójść - wyrwało się Eirenowi, kiedy spojrzał na zegarek - Z samego rana mam trening, nie mogę się spóźnić.
-Wzorowy uczeń, co? - posłała mu zalotny uśmiech po czym wstała i zabrała filiżankę.
-Staram się. - odrzekł szczerze również podnosząc się z fotela. Z przyjemnością obserwował, jak odstawia filiżanki na bok, by rano pokojówki mogły je wziąć do umycia. Zdawało mu się, że w każdym jej kroku kryje się pewien powab. - Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znów będziemy mogli gdzieś wyjść. O..oczywiście sam będę organizował dla nas bilety.. - speszył się a ona zaśmiała. Podeszła do niego i złożyła mu ciepły pocałunek na ustach, którego się nie spodziewał.
-Może... zostaniesz na noc? - w końcu odważyła się zaproponować mu tą opcję.
-To znaczy... my... dwoje tutaj... i w ogóle?
-Dokładnie... - zawiesiła mu ręce na szyi.
-Odmawiam - powiedział twardo.
-Co? - była co najmniej oszołomiona jego słowami.
-Nie możemy. - oświadczył - Nie dlatego, że bym nie chciał, bo jesteś najpiękniejszą kobietą jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi ale... a właściwie właśnie dlatego nie chcę. Bo jesteś wspaniała. Za bardzo Cię szanuję, żeby to zrobić. Za żadne skarby nie chcę jutro obudzić się przy Tobie i być świadomym tego, że żałujesz... nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiała.
-To... najpiękniejsza odmowa jaką kiedykolwiek dostałam.... - mruknęła. - Ale my... nie musimy tego robić - wytłumaczyła dodatkowo.
-Nie musimy?
-Po prostu chcę... wiedzieć, że ktoś jest obok... wyświadczysz mi tą przysługę? - spojrzała w jego oczy.
-Tego... Ci nie odmówię.
Twórcy: Rosa